Szczęsny znaczy szczęśliwy. I taki jest pan Stanisław

Szczęsny znaczy szczęśliwy. I taki jest pan Stanisław

Aleksander Gąciarz

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Stanisław Szczęsny we wtorek skończył 100 lat
1/3
przejdź do galerii

Stanisław Szczęsny we wtorek skończył 100 lat ©Fot. Aleksander Gąciarz

We wtorek Stanisław Szczęsny z Kuchar skończył 100 lat, choć patrząc na niego, trudno w to uwierzyć.
Wyprostowana sylwetka, gęste, tylko lekko posiwiałe włosy i uśmiech pod przystrzyżonym równo wąsem. Jubilat postarzał się pięknie. Do tego ciągle jest sprawny i samodzielny. - Pan Stanisław nawet czyta bez okularów - mówi Anna Łanecka, kierownik Środowiskowego Domu Samopomocy w Gruszowie, gdzie nestor od ośmiu lat codziennie przyjeżdża z domu na kilka godzin. - Był naszym drugim uczestnikiem i jest z nami cały czas - dodaje.

Pan Stanisław ośrodka nie może się nachwalić. - Jest nam tu bardzo dobrze. Panie się nami opiekują, są miłe. Nie tylko ja, ale wszyscy się tu świetnie czujemy - mówi. We wtorek cały personel i uczestnicy świętowali setne urodziny jubilata.
Byli goście, tort, życzenia od najbliższej rodziny, samorządowców, przedstawicieli KRUS. Burmistrz Nowego Brzeska Jan Chojka poza upominkami przywiózł i odczytał list gratulacyjny od premier Beaty Szydło.

Stanisław Szczęsny urodził się w Ciborowicach 25 kwietnia 1917 roku jako najmłodszy z sześciorga dzieci Julianny i Kacpra Szczęsnych. Przez cztery lata uczył się w Przez-wodach, potem jeszcze przez trzy w Kościelcu. Sale lekcyjne znajdowały się prywatnych domach. - Jak przyszliśmy na drugą zmianę, to musieliśmy na polu czekać, aż inni wyjdą. Nie było korytarza. Tylko jak były wielkie mrozy, puszczali nas do środka -wspomina.

Po ukończeniu siedmiu klas chciał się uczyć dalej, ale rodziny nie było stać, by posłać go do szkoły. Wiedział też, że nie zostanie w gospodarstwie. Pier-wszeństwo miał najstarszy brat. Postanowił, że zostanie szewcem. - Wiedziałem, że po szkole będę musiał na siebie zarobić, a moja starsza siostra wyszła za mąż za szewca. Podpatrywałem go, pomagałem, on mnie trochę uczył - opowiada. Potem jeszcze terminował u szewca Jarosza w Kościelcu.

Pierwszą pracę znalazł w Słomnikach, gdzie przepracował rok. - Siostra mamy miała syna w Krakowie, który miał zakład szewski. Gdy się dowiedziałem, że chce mnie przyjąć, to pieszo do niego poszedłem - mówi. Taka podróż nie była niczym wyjątkowym w połowie lat 30. ubiegłego wieku. Potem wielokrotnie do domu wracał na piechotę. - Raz chciałem pojechać do domu na święta. Zaszedłem na peron, ale pociąg już odjechał. Spotkałem kilku kolegów z moich stron i w pięciu poszliśmy razem. Wyszliśmy o 9 wieczorem, na 7 rano byłem w domu.

W Krakowie pracował od roku 1933 do grudnia 1939. Po wybuchu wojny w mieście było ciężko o jedzenie. Musiał wrócić do domu. Zarabiał, robiąc modne wówczas oficerki.

Aż trzy razy był wytypowany do wyjazdu na przymusowe roboty do Niemiec. I za każdym razem zdołał się wymknąć okupantom. Za pierwszym razem uciekł, będąc jeszcze na miejscu. Za drugim był już w Krakowie, skąd wysyłano robotników do Rzeszy. Udało mu się uciec razem ze znajomą dziewczyną z Bobina, przez... dziurę w ogrodzeniu. Najbliżej wywózki był o za trzecim razem. - Do domu przyjechali żandarmi i kazali się ubierać. Wzięli nas wtedy dwóch, mnie i jeszcze kolegę z Piekar, i zawieźli do Kazimierzy. Kolegę gdzieś zabrali, a ja pod eskortą pojechałem ciuchcią do Krakowa - wspomina.

Na ulicy Wąskiej znajdował się przejściowy obóz pracy, gdzie przetrzymywano osoby przed wysłaniem na roboty (obecnie w budynku mieści się VI LO - przyp. aut.). - Wszystko było otoczone drutem kolczastym. Chciałem uciec, bo wiedziałem, że rodzice będą mieli kłopoty. Wziąłem zaliczki od klientów na buty, kupiłem materiał. Wiedziałem, że rodzice nie będą mieli z czego tych pieniędzy oddać.

Gdy grupa więźniów była ostrzyżona, umyta w łaźni i gotowa do transportu, posłano ich pod eskortą na dworzec kolejowy. - Szedłem z brzegu, a za mną trzech Niemców z psem i jeden polski policjant, z którym zdążyłem się poznać. W pewnym momencie jeden z grupy zaczął uciekać. Wtedy Niemcy z psem pobiegli za nim. Ja wtedy odszedłem nieco w lewo i wmieszałem się w ludzi na ulicy. Jak szedłem, to Niemcy ze złapanym więźniem przeszli koło mnie, ale mnie nie poznali.

W czasie okupacji, wiosną 1943 roku poznał Emilię Kurę z Kuchar, swoją rówieśniczkę. Przypadli sobie do gustu, bo już jesienią tego samego roku wzięli ślub. Wkrótce przyszła na świat córka Krystyna.

- Urodziła się w niedzielę, a w środę zmarła teściowa, która ciężko chorowała (zięć po lekarstwo dla niej chodził pieszo do księdza do Racławic - przyp. aut.). Zdążyła jeszcze zobaczyć wnuczkę - opowiada.

Z Emilią przeżyli w Ku-charach 63 lata. Żona zmarła w 2006 roku. Oprócz córki pan Stanisław ma jeszcze syna Zbigniewa. Przypomina, że początki młodzi małżonkowie mieli ciężkie. - Jak się ożeniłem, to chlew się walił, dom się walił. A jeszcze dwóch braci żony i jej ciotkę trzeba było spłacić - opowiada. Uprawiali tytoń, ogórki, zajmowali się nasiennictwem. Z czasem udało się postawić gospodarstwo na nogi, zbudować dom i spełnić największe marzenie, czyli wykształcić dzieci. Dzisiaj ma jeszcze sześcioro wnucząt i tyle samo prawnucząt. Od śmierci żona mieszka jednak sam, choć na tej samej posesji co syn. Większość czasu spędza w ŚDS w Gruszowie.

- Syn mi pomaga, rozpala w piecu, w niedziele przynosi obiad - mówi, ale zaraz zastrzega: - Ja też dokładam się do prądu, żeby nie być ciężarem.

Stanisław Szczęsny zapewnia, że nigdy poważniej nie chorował, jeśli nie liczyć zapalenia płuc sprzed dwóch lat. Jego lekarz rodzinny Stanisław Szot z ośrodka zdrowia w Bobinie przyznaje, że to wyjątkowy pacjent.

- Pierwszy raz w czterdziestoletniej praktyce zdarzyło mi się, by ktoś dożył w takim zdrowiu stu lat - mówi i zaleca każdemu sposób jubilata na długowieczność: - Nie pić, nie palić, być uśmiechniętym i życzliwym dla wszystkich. Taki jest pan Stanisław - mówi lekarz, a wnuczki dodają: - Dziadek to wyjątkowo spokojny człowiek, nigdy się nie denerwuje.


Czytaj także

    Komentarze (4)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Jubilat

    EK (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 7

    Tak wyglądać w wieku stu lat to i ja bym chciała,Panie Stanisławie proszę o przepis i życzę następnych stu lat w zdrowiu.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    http://warszawa.onet.pl/uwaga-tvn-torby-pracownic-przedszkola-wypchane-jedzeniem-z-przedszkolnej-sto

    RP (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3 / 1

    http://warszawa.onet.pl/uwaga-tvn-torby-pracownic-przedszkola-wypchane-jedzeniem-z-przedszkolnej-stolowki/tvhx0l3

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Proszę o zwrócenie uwagi na taki problem !!!!

    RP (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3 / 4

    http://warszawa.onet.pl/uwaga-tvn-torby-pracownic-przedszkola-wypchane-jedzeniem-z-przedszkolnej-stolowki/tvhx0l3

    Gdyby taki problem wystąpił na terenie powiatu proszowickiego to proszę o...rozwiń całość

    http://warszawa.onet.pl/uwaga-tvn-torby-pracownic-przedszkola-wypchane-jedzeniem-z-przedszkolnej-stolowki/tvhx0l3

    Gdyby taki problem wystąpił na terenie powiatu proszowickiego to proszę o informację i alarm!!!!!
    w załączeniu filmik i artykuł polecam przeczytać i obejrzeć.

    torby pracownic przedszkola wypchane... jedzeniem z przedszkolnej stołówki?

    Około 200 złotych miesięcznie - tyle płacą rodzice przedszkolaków i uczniów za wyżywienie w jednej z warszawskich placówek. Dorośli przekonani są, że ich dzieci dostają w posiłkach to, co najlepsze. Tymczasem do redakcji UWAGI! TVN dotarł sygnał od widzów, że jedzenie - zamiast na talerze dzieci - trafiało do toreb kucharek.

    Ursynów - jedna z warszawskich dzielnic. Do tutejszej szkoły i przedszkola uczęszcza ponad 500 dzieci. Dla nich wszystkich posiłki przygotowuje osiem kucharek z przedszkolnej kuchni. Dotarły do nas sygnały, że na talerze dzieci nie trafia całe jedzenie, jakie jest kupowane.

    - Te produkty są sukcesywnie odkładane podczas przygotowywania każdego posiłku, czyli śniadania, obiadu, podwieczorku. Można odłożyć np. dziesięć piersi z kurczaka, to odkładamy – powiedziała była pracownica przedszkola.

    W czasie policyjnej interwencji zatrzymano kilka kobiet, w torbach których znaleziono produkty żywnościowe wyniesione z kuchni.

    - Czynności potwierdziły, że te kobiety posiadają przy sobie produkty spożywcze w postaci jogurtów, serków, wędliny i schabu - powiedział Robert Koniuszy, rzecznik prasowy mokotowskiej policji i dodał, że zostało przyjęte zawiadomienie o przywłaszczeniu sobie tych produktów. Jak powiedział, wartość produktów oszacowana została na 160 zł – powiedział Robert Koniusz, rzecznik prasowy Komendy Rejonowej Policji Warszawa-Mokotów.

    Jak poinformowała rzecznik prasowa urzędu dzielnicy Ursynów Barbara Mąkosa-Stępkowska, otrzymała informację od dyrektorki placówki, że wynoszone przez kucharki produkty to odpady pokonsumpcyjne.

    Rady rodziców obu placówek były zaskoczone całą sytuacją. Rodzice przyznali, że nie dochodziły do nich żadne sygnały na ten temat.

    - Było zebranie personelu, podpisywały panie rozporządzenie, że nie można wynosić jedzenia, nie można jeść jedzenia, trzeba pokazywać przy wejściu i przy wyjściu torebki pani kierownik gospodarczej, pani dyrektor lub pani intendentce – powiedziała była pracownica przedszkola. Jak dodała, po wprowadzeniu nowych zasad, zmieniła się jakość jedzenia, które serwowane jest dzieciom, porcje są większe i z większą ilością warzyw. zwiń

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Wszystkiego najlepszego!

    gość (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 14

    Szlachetna twarz. Dużo zdrowia i pogody ducha!

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo

    Gry On Line - Zagraj Reklama