14.01.2010
Co może wyniknąć z małych grzeszków
Krzysztof Piesiewicz uległ szantażowi – ta informacja wydaje mi się bardziej wstrząsająca niż to, jakie świństwa i w jakim towarzystwie senator sobie aplikował
Świętych nie ma. Każdy z nas mógłby trafić na swoich szantażystów, na każdego z nas szantażyści coś by znaleźli. Może nie zaraz coś podpadającego pod kodeks karny, ale jakieś mniejsze albo większe paskudztwo: a to związane z używkami i używaniem, a to z podatkami i unikaniem, a to ze zdradą małżeńską… Kto ma czyste sumienie – ręka w górę! (Poza Tomaszem Terlikowskim oczywiście).
Jeśli się przed sądem okaże to, co się na razie może tylko wydawać – czyli: że Piesiewicz zażywał kokainę – będę raczej mu współczuć niż go potępiać. Senator ma się oczywiście czego wstydzić. Tyle że fala moralnego wzburzenia, jaka towarzyszy ujawnieniu obrazków z jego zabaw, jest falą obłudy. Facet, który się we własnym domu narkotyzuje z prostytutkami (i jeszcze dał się na tym sfilmować), to w Polsce skandaliczne dziwactwo. Takie, które zapewnia historię dużo bardziej emocjonującą niż np. występujące wśród miejscowej ludności zjawisko cotygodniowej masowej popijawy. Lub co gorsza: wsiadania za kierownicę na bani. Po prostu w Polsce i wyborcy, i wybierani postrzegają lepiej wódę niż, dajmy na to, kokainę. Kodeks karny to odzwierciedla – w tym sensie Piesiewicz ma pecha, a ja mu tego pecha współczuję.
Publiczny wymiar sprawy Piesiewicza nie polega jednak na tym, że senator ma słabości, ani na tym, jakie to są słabości. Sednem tej sprawy nie jest więc dla mnie to, z kim i jak się senator zabawiał, ale to, że uległ następnie groźbie szantażu. Chcąc zapobiec ujawnieniu swoich małych grzeszków, popełnił grzech dla polityka śmiertelny.
A przy tym ma szczęście w nieszczęściu. Nic bowiem nie wskazuje na to, by ci, którzy do niego z propozycją nie do odrzucenia przyszli, byli zainteresowani czymś poza równowartością niezłego mieszkania – aż tyle i tylko tyle. Bo sieć szantażu równie dobrze mogą zarzucać służby obcych państw w poszukiwaniu zupełnie innych dóbr. Kiedy polityk w taką sieć wpada, sprawa zyskuje wymiar groźniejszy niż obyczajowy.
Podobno próba zainstalowania w Moskwie komórki CIA na początku lat 50. skończyła się tym, że szef tej komórki tuż po dotarciu do ZSRR wdał się w romans z Rosjanką. O tym, że była podstawioną figurantką, dowiedział się niewiele później, gdy pokazano mu zdjęcia i szantażem „zaproponowano” pracę dla Sowietów. Kilkunastu innych Amerykanów również próbowano w tym czasie zwerbować – tą samą metodą. Nie udało się, bo w krytycznym momencie do swoich drobnych grzeszków się przyznali. Nie trzeba wierzyć na słowo Bogusławowi Wołoszańskiemu, który o tym pisał; choćby od Borisa Reitschustera, piszącego z Rosji o Rosji, można się natomiast dowiedzieć, co to jest kompromat i jak się go stosuje. To już nie jest fikcja szpiegowska.
Ceną, jaką senator zapłaci za tę gorszącą sprawę, będzie zapewne jego wycofanie się z polityki. Ale Piesiewicz ma swój kawałek świata poza polityką i dlatego nie o niego trzeba się bać. Trzeba się bać o takich polityków, dla których odejście z polityki oznaczałoby koniec świata; takich, którzy mają na sumieniu grzeszki cięższe niż Piesiewicz, a w dodatku dość zdemoralizowanych, by nie odmówić, kiedy szantażyści pokażą im kompromitujące zdjęcia i o coś ich „poproszą”.
Myślicie Państwo, że takich polityków w parlamencie nie ma? Ależ są. Niektórych może nawet sami wybraliście. I teraz będziecie się dłużej zastanawiać, zanim w następnych wyborach na kogokolwiek zagłosujecie. Świętych nie ma. Skoro człowiek takiego formatu jak Piesiewicz uległ szantażowi, to kto mu się oprze? – można by zapytać. I nie jest to pytanie optymistyczne.
Zamiast pointy - uwaga: nie zamierzam poświęcać przesadnie wiele miejsca dość obrzydliwej roli, jaką odegrał w tej sprawie Super Express. Mowa bowiem o gazecie, która przed kilku laty dała na czołówkę zdjęcie zamordowanego Waldemara Milewicza. Od tamtej pory nie wiem, czy tę obrzydliwość SE może jeszcze przelicytować, ale widzę, że cały czas się stara. Nikt jednak nie zmusza do zaglądania do tej gazety i życzę Państwu w Nowym Roku, byście z tej swobody skwapliwie korzystali.
Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.
Artykuł bezpłatny
Subskrybuj kategorię
Wydrukuj
Wyślij link
Dodaj do
-
27.11.2009
Jak tracić czas i poznawać osoby
Kiedy od urodzenia mieszka się w Krakowie, decyzja o studiowaniu w tym mieście ma wymiar raczej kontynuacji niż życiowego przełomu. Kiedy na zajęcia na prestiżową – w polskich warunkach – uczelnię można dojść tempem spacerowym w... -
20.11.2009
Wściekłość Kazika – ale co z niej wynika?
Kazika Staszewskiego zawsze warto było słuchać, bo mówił i śpiewał o rzeczach istotnych. Dziś puszczają mu nerwy i choć można zrozumieć jego emocje, warto zapytać – z samego choćby szacunku dla jego biografii – czy aby nie opowiada...
Blip
Facebook
Flaker
Twitter
Wykop






















