20.11.2009

Wściekłość Kazika – ale co z niej wynika?

Kazika Staszewskiego zawsze warto było słuchać, bo mówił i śpiewał o rzeczach istotnych. Dziś puszczają mu nerwy i choć można zrozumieć jego emocje, warto zapytać – z samego choćby szacunku dla jego biografii – czy aby nie opowiada głupot

O Kaziku i Kulcie ostatnio głośno – ukazała się z dawna oczekiwana płyta, ale nie mniej istotne są okoliczności jej premiery. Album Kultu na dwa tygodnie przed opublikowaniem wypłynął nielegalnie do Internetu, a do ściągania przyznawali się również bez zażenowania fani zrzeszeni na oficjalnym forum grupy. Kazik nie wytrzymał i obrzucił ich mięsem. Do dziś nie tylko się z tej wypowiedzi nie wycofał, ale wręcz podkreślił, że gdyby nie jej chamski poziom, nikt by na nią pewnie nie zwrócił uwagi. Nie najwyższe ma więc chyba Kazik mniemanie o swoich odbiorcach, jeśli myśli, że tylko obelgi są ich w stanie zmusić do zastanowienia.

Pewna bezpłatna ogólnopolska gazeta weszła chwilowo – rozpocząwszy na swoich łamach dyskusję na temat piractwa – w rolę tuby dla pokrzywdzonego artysty, a jeden z jej dziennikarzy rozmawiał ze Staszewskim niemal jak jego rzecznik prasowy. Gazeta ta zorganizowała również kilka dni temu debatę o ściąganiu muzyki z Internetu i zaprosiła do udziału w niej m.in. Kazika. Można tę dyskusję obejrzeć w sieci (m.in. tu: http://lipszyc.blip.tv/), można poczytać wywiady z twórcą – również po to, by się przekonać, że trudniejszych pytań Staszewskiemu się raczej nie zadaje. A jeśli już pytania i wątpliwości padają, to może je on mniej albo bardziej dosadnie zignorować. Również wychodząc w połowie rozmowy.

Odkąd lider Kultu wywołał małą burzę, nazywając ściągających „k…ami”, media dały mu sporo okazji, by oprócz żalu i wściekłości podzielił się jakąś refleksją. Ale się nie dzieli. Chętniej opowiada natomiast o własnej krzywdzie, mijając się niekiedy z logiką. Zmierzył oto swoje straty związane z wyciekiem albumu Kultu do sieci, mnożąc ilość jego ściągnięć przez hurtową cenę płyty. Za tym rozumowaniem stoją co najmniej dwa absurdalne założenia. Jedno: że nikt, kto ten album przed premierą ściągnął, nie poszedł go następnie kupić do sklepu. Drugie: że nikt, kto kupił oryginalny egzemplarz, nie miał wcześniej styczności z pirackimi empetrójkami. Bo przecież jeśli wcześniej tę styczność miał, to potem na pewno nie kupił płyty… – „to nie moje są słowa”, najwyraźniej tak właśnie myśli Kazik. Albo dlatego, że jest leniwy, albo dlatego, że emocje nadal zaburzają mu trzeźwą ocenę sytuacji.

Przyzwoity człowiek sprzyja okradanemu, a nie złodziejowi – dlatego skrajne wypowiedzi Staszewskiego o piractwie i piratach przez lata akceptowałem. Trudno negować szkodę jakiegokolwiek muzyka, na którego dziełach ktoś bez jego zgody zarabia – czy to na bazarze, czy w internecie. Na dodatek Kazikowi wykręcili mocno nieładny numer jego najwierniejsi słuchacze i z tego tylko powodu jego złość i żal można zrozumieć. Ale problem nie polega na tym, że Kazik wpadł w furię, tylko na tym, że żadna nowsza i głębsza myśl tej furii nie towarzyszy.

Czasy się bowiem zmieniają, a on tego zobaczyć albo nie umie, albo nie chce. Wrzuca więc różne zjawiska do wora z napisem „piractwo”, a różne osoby – do wora z napisem „k…y”. Tak jakby jedyną motywacją ludzi, którzy nielegalnie pobrali jego płytę, była chęć zysku. I tak, jakby ludzie ściągali muzykę z Internetu tylko po to, żeby ją twórcy ukraść i odebrać mu chleb z masłem, na który w pocie czoła pracował.

A ludzie ściągają muzykę z różnych powodów i różne ma to dla muzyków i wydawców skutki – jedni kupują przez to więcej legalnej muzyki, a inni kupują jej mniej. Jedni chcą mieć za darmo coś, za co musieliby w innym wypadku zapłacić, a inni chcą wśród 10 zespołów znaleźć ten, który będą mogli wymiernie docenić, kupując potem jego oryginalne wydawnictwo czy płacąc za bilet na jego koncert. Wielość motywów, które stoją za ściąganiem muzyki z Internetu i skutków, które to ściąganie powoduje, powinna muzyków i wydawców stymulować przynajmniej do zastanowienia, a nie do bluzgania.

Słuchacz coraz częściej wybiera, dajmy na to, jedno- albo kilkukrotne odsłuchanie egzemplarza płyty ściągniętego z sieci, a nie zapoznawanie się z nią przez słuchawki w Empiku – i robi to z wygody. Ja to robię, pan to robi, my to robimy, społeczeństwo robi… Dlatego podnoszenie tego wyboru do rangi dylematu moralnego, lub wręcz: narzędzia drastycznego moralnego szantażu, będzie przede wszystkim nieskuteczne. Po prostu: nie będzie działać. A tych, którzy oryginalne płyty wciąż kupują, będzie rozdrażniać.

Kazik Staszewski wielokrotnie dawał wyraz swojej otwartej postawie i przywiązaniu do swobody życiowej i twórczej. Za to cenię go ja i wielu innych jego słuchaczy. Wolałbym więc dzisiaj usłyszeć od niego coś bardziej konstruktywnego niż obelgi czy straszenie ludzi wizją totalnej inwigilacji ich twardych dysków.

wydrukuj wyślij

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz