20.01.2012

Życie pod żelazną kopułą

ROZMOWA. Bramkarz MARCIN CABAJ opowiada nam, dlaczego zrezygnował z gry w Beer Szewie

Marcin Cabaj szuka klubu Fot. Michał Klag

Marcin Cabaj na własnej skórze przekonał się, czym jest konflikt izraelsko-palestyński.

Były bramkarz Cracovii od maja minionego roku był piłkarzem Hapoelu z Beer Szewy, czyli miasta położonego raptem 50 km od Strefy Gazy. Wolał wrócić do Polski, niż ryzykować życie. Teraz trenuje z I-ligową Polonią Bytom.

- Pana przygoda z Hapoelem szybko dobiegła końca.

- Do Polski wróciłem na początku stycznia. Mój kontrakt obowiązywał na rok z możliwością przedłużenia go o kolejny i kolejny, więc nie było problemu z rozstaniem się. Moja decyzja o odejściu z Hapoelu była podyktowana przede wszystkim względami bezpieczeństwa. Moja rodzina nie chciała tam zostać. Zresztą nie tylko ja, ale też kilku innych kolegów opuściło Hapoel z tych samych powodów. Ja zdecydowałem się na to, kiedy zginął jeden z pracowników klubu. Jeżeli byłoby spokojnie, to mógłbym tam zostać, ale w takiej sytuacji nie zdecydowałem się na to.

- Pod względem sportowym zaczęło się dla Pana dobrze. Szybko zdane testy i obroniony rzut karny w Pucharze Izraela.

- Już po dwóch, trzech dniach pobytu w Izraelu podpisałem kontrakt i na początku faktycznie grałem. Kiedy zrobiło się niebezpiecznie, wraz z kilkoma innymi zawodnikami z zagranicy rozmawialiśmy z władzami klubu o tym, że będziemy chcieli zimą odejść i następca trenera Nira Klingera, który mnie ściągnął do Hapoelu, Guy Levy zaczął stawiać na bramkarza, który zostanie w klubie w dłuższej perspektywie. Nie można mu się dziwić.

- Jak wyglądał Pana dzień w Beer Szewie?

- Trening, dom i co kilka dni zakupy, ale nie cały czas mieszkałem w Beer Szewie. Przez miesiąc, kiedy było naprawdę niebiezpiecznie, mieszkaliśmy w hotelach w Tel Awiwie. Tam trenowaliśmy i na pierwsze mecze ligowe dojeżdżaliśmy do Beer Szewy te 100 kilometrów z Tel Awiwu. To nie była komfortowa sytuacja, bo rodziny, które do nas przyjechały, już po paru dniach pakowały się i wracały do swoich krajów. Moja rodzina dojechała do mnie troszkę później, ale nie zdecydowaliśmy się, żeby zostali ze mną na dłużej. Nie miałem pewności, że kiedy wyjdziemy na miasto, nic nam się nie stanie, a przecież małe dziecko nie będzie siedzieć cały dzień w zamknięciu w domu.

- Znalazł się Pan w sytuacji bezpośrednio zagrażającej życiu?

- Na szczęście żadna rakieta nie spadła na mnie ani blisko mnie, ale taki niepokój to duży dyskomfort. Słychać było strzały, świst rakiet. Niby nad Beer Szewą jest "Żelazna kopuła" (izraelski system ochrony przeciwrakietowej - przyp. MK), która zestrzeliwuje rakiety lecące ze Strefy Gazy, ale nie jest to komfortowa sytuacja, kiedy człowiek budzi się o 4 w nocy i musi chować się do schronu. Poza tym, gdyby to była tylko przejściowa sytuacja, to tych schronów po prostu by nie było w każdym domu.

- Wiążąc się z Hapoelem, nie wiedział Pan, co Pana czeka?

- Rozmawiałem o tym z dyrektorem sportowym Hapoelu, którego bardzo szanuję i zapewniał mnie, że jest spokój. Pamiętam jak dziś: rozmawialiśmy o tym przy obiedzie, pytałem go o wybuchy, naloty. Zapewniał mnie, że nic takiego nie może się zdarzyć. Być może dwa, trzy lata wstecz było spokojnie i stąd te jego zapewnienia. Rzeczywistość okazała się inna. Ludzie w Strefie Gazy zaczęli wariować i strzelać do pobliskich miejscowości: Beer Szewy czy Aszdod. Tylko bliższe okolicy Strefy Gazy były narażone na niebezpieczeństwo. W Tel Awiwie, Jerozolimie czy Hajfie było spokojnie. To piękne miasta, ze wspaniałymi zabytkami, gdzie życie toczy się stosunkowo spokojnie. Był miesiąc, kiedy było naprawdę niebezpiecznie, ale też nie było tak, że na Beer Szewę co chwilę spadał deszcz rakiet. Przez większość czasu kończyło się tylko na alarmach. Nie mam jednak żalu do władz klubu, bo one nie miały wpływu na taką sytuację.

wydrukuj wyślij

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz