27.08.2010

Prywatny folk

Nie wierz nikomu po trzydziestce

Fot. Antena Krzyku

Ich ulubioną formą prezentacji własnej twórczości są koncerty w... domach znajomych. Pojawiają się z gitarami, wcześniej zapraszają drogą mailową przyjaciół, a potem grają i śpiewają, mając świadomość, że słuchacze w pełni rozumieją ich przekaz. Indigo Tree – duet, a czasem nawet trio.

Obaj mieszkają we Wrocławiu. Filip Zawada nie jest nowicjuszem na muzycznej scenie. Wcześniej był gitarzystą zespołów Pustki i AGD. Piotr ukrywający się pod pseudonimem Peve Lety również grał w innych zespołach, ale ponieważ nie miały one szczęścia, niewiele osób o nich słyszało.

- Poznałem Filipa na kursie fotograficznym, który prowadził w Ośrodku Postaw Twórczych we Wrocławiu – wyznaje. - Ponieważ przejawiałem nieprzepartą chęć grania, ciągle go molestowałem, abyśmy coś razem zrobili. Początkowo nie miał czasu, bo grał z Pustkami, ale kiedy się z nimi rozstał, dostał propozycję skomponowania muzyki do filmu i zaprosił mnie do współpracy. Soundtrack ten nigdy jednak nie powstał, ale w zamian zarejestrowaliśmy materiał na nasz pierwszy album.

Kompozycje rodziły się w drodze improwizacji – niczym podczas niezobowiązującego jam session. Z chaotycznego grania wyłaniały się kształty konkretnych utworów, które potem muzycy dopracowywali w konkretne piosenki. Bardzo pomógł chłopakom Michał Kupicz, realizator dźwięku, który nadał przyniesionym do studia kompozycjom nowatorskie brzmienie – bliskie popularnemu na Zachodzie, a ciągle mało znanemu u nas psychodelicznemu folkowi.

- Jak masz coś zagrać, to siadasz i grasz – wyjaśnia Piotrek. - U nas było tak samo. Bez żadnego kalkulowania. Kiedy próbowaliśmy zagrać głośniej, Piotrek tracił barwę, a mnie po powrocie do domu piszczało w uszach. Musieliśmy się więc uspokoić. Wycisnęliśmy z siebie to, co w nas naturalne – i może dlatego to przypomina folk. Prywatny folk z Wrocławia.

Kiedy album „Lullabies Of Love And Death” ukazał się jesienią zeszłego roku na rynku, krytycy muzyczni nie szczędzili jej pochwał. „Co by było, gdyby płyta Indigo Tree ukazała się na Zachodzie? Szaleństwo. Wszystkie Pitchforki, NME, Uncuty pisałyby o muzycznym objawieniu sezonu” – pisał jeden z portali internetowych. Całe szczęście Filip i Piotr nie popadli jednak w samozachwyt.

- Ta opinia jest przesadzona – tłumaczył ten drugi. - W Polsce dziennikarze ciągle czekają na jakiś muzyczny cud. Cokolwiek ukaże się interesującego, od razu robią z tego sensację.

Faktem jednak było, że piosenki z debiutanckiego albumu Indigo Tree urzekały swą oryginalnością. Owszem, ich motorem napędowym były akustyczne gitary, ale pojawiała się w nich również dyskretna elektronika, rockowe zagrywki, jazzowe wstawki. Całość brzmiała oldskulowo, jakby była nagrana cztery dekady temu.

wydrukuj wyślij dodaj do dodaj do

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Podobne artykuły

Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz