Miłosierdzie na wagę medalu
Miałem o tym pisać w Wielkim Tygodniu; jakże stosownie do aury owych dni – "Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. Ale wtedy poruszyło mnie, delikatnie mówiąc, co innego, potem znów pojawił się inny temat… A teraz o tamtym przypomniał mi najnowszy numer miesięcznika "Kraków”.
Podróże nie tylko kształcą
Nic to, że długi – jest długi weekend, trzeba skorzystać. Po ponad 30 latach trzy dni w Budapeszcie. Z tyłu imponujący Parlament, z przodu panorama na wzgórza Budy z jej zamkami, ze wzgórzem Gellerta; w dzień zachwyt, w nocy, gdy zabytki i mosty poddane są mocy światła, oczarowanie, ale i lekki żal, że nasz Wawel jakże oszczędniej iluminowany.
Ciało zdań dzień po dniu
W zamierzchłych mych licealnych czasach prof. Janicka, usilnie chcąca nauczyć nas chemii, a łatwo jej nie było, pośród wielu osobliwych powiedzonek miała i takie: "uczeń musi mieć mięso wymowy”. Co to takiego – nie mówiła, ale czuliśmy, że nasza wymowa kuleje, podobnie jak wiedza.
Gry w pisanie, gry w...
Kabaret – coś lekkiego, żartobliwego, nienapuszonego; uśmiech inteligentnych puent, zwiewność metafor, poetycki dystans do świata, lekkość nut, pamięć refrenów, które nuci się jeszcze po latach.
Smutny jubileusz z Superwiktorem w tle
Polska Akademia Telewizyjna nierychliwa, ale sprawiedliwa. W tegorocznej 27. edycji rozdania Wiktorów uhonorowała Specjalnym Superwiktorem Krzysztofa Jasińskiego. Czemu dopiero teraz, nie wiem, ale łatwo się domyślić, że przypomniano sobie benefisy organizowane w STU przez długie lata. Komuż nie poświęcone, kto nie występował, któż nie bywał?
By nie przestać czekać
Sens tych dwóch wersów z wywieszonej na ścianie piosenki "Wiosenne wody” dotarł do mnie tego wieczoru szczególnie –"Życie się kończy, gdy się przestaje już /W życiu czekać”.
W obronie teatru artystycznego
Tandem w życiu i na scenie. Są, podobno, utalentowani. Są, podobno, kreatywni, młodzi, zdolni. I rozrywani. I modni – jak ortalionowe dresy w latach 90., dajmy na to. I potrafią o siebie zadbać.
Liczby moje i nie moje
Anim się obejrzał – 1 kwietnia przed równo 30 laty trafiłem do "Dziennika Polskiego”, by zostać w nim tzw. redaktorem depeszowym. Z dwutygodnika "Student” na depesze. Jakby bieg na 10 kilometrów zamienić na sprint na setkę. Ale nie żałuję.

