10.02.2012
Mój tydzień z Marilyn
Jednym z takich refleksów pamięci jest film "Mój tydzień z Marilyn” z nagrodzoną Złotym Globem i nominowaną do Oscara rolą Michelle Williams.
Marilyn Monroe? Rewelacyjny temat na film! Gwiazdka słynęła przecież z burzliwego życia, romansów, wzlotów i upadków, które są doskonałym motywem na zbudowanie elektryzującego scenariusza. Skrypt do filmu powstał na podstawie wspomnień Colina Clarka. Opisał on kulisy realizacji filmu "Książę i aktoreczka”, który powstawał w roku 1956 w Londynie. Clark pracował tam, no właśnie, dziś już nie wiadomo dokładnie jako kto. Sam siebie przedstawia jako asystenta reżysera, ale osoby zaangażowane w produkcję wspominają go raczej jako gońca przynoszącego kawę lub herbatę. Tak czy inaczej, Clark spisał swoją zażyłą więź z Marilyn, która na planie czuła się opuszczona i osamotniona, będąc w konflikcie z reżyserem sir Laurence’em Olivierem (w tej roli Kenneth Branagh). Czy Clark jako młody chłopak miał romans z gwiazdą kina? Tego już pewnie nikt nie rozwikła, a nawet jeśli ta historia wygląda na piramidalną konfabulację, Hollywood to nie przeszkodziło w realizowaniu gwiazdorskiego filmu.
Tytułową rolę wygrała Michelle Williams, aktorka niezwykle utalentowana, co udowodniła kreacjami z "Dróżniku” czy "Tajemnicy Brokeback Mountain”. Nie rozumiem jednak zachwytów nad tym występem, które przełożyły się na nagrodę Złotego Globa i nominację do Oscara. Williams do roli Monroe po prostu nie pasuje. Ta ładna aktorka nie ma w sobie iskry seks-bomby, nie potrafi uwodzić na ekranie ani rozpalić namiętności. Kreuje postać sztuczną, teatralną, przeintelektualizowaną i emocjonalnie wykalkulowaną jak tabliczka mnożenia. Williams nie posiada chemii, która sprawiała, że mężczyźni w tamtym czasie naprawdę woleli blondynki.
Nie pojmuję też, dlaczego Monroe w tym filmie przedstawia się w sposób tak jednowymiarowy. W większości scen aktorka wodzi wokół beznamiętnym wzrokiem, zachowując się jak uśpiona ryba. Owszem, prawdziwa Monroe miała kłopoty psychiczne, zażywała rozmaite środki uspokajające nerwowe odruchy, ale nie uwierzę, że przez cały czas zachowywała się tak, jakby właśnie wyczerpywała się jej bateria.
"Mój tydzień z Marilyn” miał opisywać zakręt biografii wielkiej kobiety, a tymczasem okazuje się dziełem na wskroś przenicowanym męskim punktem widzenia. Owszem, lata 50. były zdominowane przez mężczyzn, co pokazuje świetnie np. serial "Mad Men”, ale film w sposób porażający upraszcza wiele spraw. Sprowadza problemy Monroe do banalnej konstatacji, że najlepszym lekiem na problemy płci pięknej jest po prostu znalezienie sobie faceta (czytaj: kochanka).
Obawiam się, że ten kompletnie nijaki i pozbawiony autentycznych emocji film, pretensjonalnie sentymentalny, a zarazem wyrachowany fabularnie jak kartki sudoku (twórcy ani razu nie zbaczają z bezpiecznej ścieżki), podbije serca członków Akademii. Moje serce jest dla niego chłodne jak góra lodowa. To nie jest mój tydzień. A na pewno nie chciałbym go spędzić z taką Marilyn.

FOT. FORUM FILM
Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.

Alfa
2012-02-13 09:38:58
Kocham Marilyn Monroe !!! Jest niesamowita do dziś fascynuje, świetna książka Colina Clarka, lepsza niż film, działa na wyobraźnię i wciąga w zimowy wieczór. Polecam książkę!
Odpowiedz »
LEAL
2012-02-12 13:40:19
Musze zobaczyc ten film i przeczytac ksiazke!
Odpowiedz »
Dodaj komentarz