Niezadowoleni są ze ścieżek rowerowych, które są w mieście, sposobu ich budowy i utrzymania, oraz z traktowania rowerzystów przez kierowców.
Wiele rozumiem, bo sam często używam roweru. Ale nie rozumiem pewnej niepokojącej tendencji, która się utrwala w narodzie. Jak się coś komuś nie podoba, to od razu idzie na drogę. Idzie blokować. Pędzi protestować. W sprawie chodnika, autostrady, dziurawego mostu, odkładanego remontu, w sprawie, jak Lepper kiedyś, nieopłacalnej hodowli tuczników.
Są sytuacje, w których radykalne metody mogą się sprawdzić, mają jakiś sens, ale czy te formy nacisku na władzę nie są wykorzystywane z przesadą? Z nadmiarem? Czy zawsze musimy protestować kosztem kogoś? Przecież blokada drogi to zamach na czyjąś wolność, na czyjś czas, czyjeś plany, czyjeś nerwy...
Szybko kończę pisać, by zdążyć przed szesnastą. To wtedy tarnowscy cykliści mają zablokować rondo. Jeśli zdążę, nie zrobią tego na mój koszt.
Brak komentarzy
Dodaj komentarz