25.09.2010

Kraków w czasach popkultury

Fot. Jacek Wrzesiński

Oto zakochani. W średnim wieku. Ona, Gosia - kobieta po przejściach (rozwód, porzucona niezła praca, przeprowadzka). On, Janusz - jej kochanek (i wystarczy).

Właśnie przyjechali do Krakowa.

"Taksówka zatrzymała się koło kościoła. Poszliśmy w kierunku Rynku.

- Grodzka - przeczytałam. - To tutaj pada deszcz.

- Proszę?

- Według Turnaua. On tak śpiewa: »A w Krakowie, na Grodzkiej pada deszcz. La la la lala...«.

- Chyba na Brackiej?

- Jeśli na Brackiej, to i na Grodzkiej - uśmiechnęłam się.

- Ale nie pada. Widocznie nie zawsze.

- Gdzie siadamy, co jemy? Jaka jestem głodna!!!

- Wszędzie. Kraków to jedna wielka restauracja. Taki ka... karmnik. Masz ochotę na wielki wystrzał czy kameralnie jak u mamy?

- U mamy! I żeby było dobrze.

Poszliśmy z Grodzkiej w lewo i szybkim krokiem dalej. Janusz wciągnął mnie w jakąś bramę.

- Karczma u Zdzicha - przeczytałam. - Tu ma być fajnie?

- Zobaczysz".

No i zobaczyli. Przede wszystkim smakołyki: zupę grzybową, dwie pięćdziesiątki śliwowicy ("strzeliła we mnie mocą i zatkała na chwilę"), pieczony na ruszcie oscypek z żurawiną, michę pierogów różnych ze skwarkami. Prawdziwa uczta. A potem spacer po Rynku i Floriańską (obowiązkowo), Galeria Andrzeja Mleczki, kilka kąśliwych uwag (w duchu wypowiedzianych) pod adresem turystów z Niemiec. Jednym słowem: smacznie spędzony czas. Czego chcieć więcej?

A tak. Racja. Brakuje tytułu i autorki.

"Dom nad rozlewiskiem" (2006) Małgorzaty Kalicińskiej.

Romantycznie -nostalgicznie

Bestsellerowa saga Kalicińskiej to kilkaset tysięcy sprzedanych egzemplarzy i serial w telewizji zrealizowany na podstawie powieści. Akcja zasadniczo rozgrywa się przede wszystkim nad tytułowym rozlewiskiem: krainą-bajką, gdzie wszystko kończy się pyszną strawą, dobrą rozmową i przyjemnym powiewem natury. Skąd więc Kraków? Po prostu dobre romantyczne miasto. Dla zakochanych jak znalazł.

Romantyczne miasto wolnego czasu i rozrywki, gdzie wszystko toczy się wolno, by nie powiedzieć, że leniwie. To są typowe skojarzenia mieszkających i pracujących poza dawną stolicą. Wiadomo, tu, w Krakowie, się z tego śmiejemy. Ale wyobrażenia o metafizyce miasta utrwalane są co krok. Nie tylko przez Kalicińską. Oto na przykład Bronisław Wildstein rozpoczyna głośną "Dolinę Nicości" (2008) taką sugestywną sceną:

"Dzień zaskakuje nas. Nie sposób przewidzieć wydarzenia, które za moment zmieni nasze życie. Wchodzimy na rynek od ulicy Szewskiej i idziemy w kierunku przeznaczenia, które pod postacią innej osoby nadchodzi już z drugiej strony Sukiennic. Za moment spotka nas i nic już nie będzie takie, jak wcześniej. (...) Trzysta kilometrów stąd, wczoraj, a może jeszcze wcześniej, w mieście stołecznym Warszawie, uruchomiona została lawina wypadków, które wstrząsną krajem i zmienią losy wielu ludzi. Będą przyczyną karier i upadków, sukcesów i katastrof".

Rzeczywiście. Nic tylko się schować w takim mieście. I zakochać.

Abstynencko-ironicznie

O Krakowie, na szczęście, można powiedzieć różne rzeczy. Czasem sprzeczne. Na przykład, że to miasto kilkuset kościołów i kilku tysięcy pubów. Tak całkiem niedawno promowano Kraków. Dość odważnie, przyznajmy. I dość kontrowersyjnie. Także dlatego, że w Krakowie chodzi się albo do kościoła, albo do pubu. Przynajmniej oficjalnie. Po, jak my to mówimy, mieszczańsku.

wydrukuj wyślij dodaj do dodaj do

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz