09.02.2012

Nie lubimy siedzieć w domu

Uwaga - trzech przystojniaków wynajmie pokój na jedną noc Fot. SP Records

Rozmowa z PRZEMKIEM ZDUNKIEM, wokalistą grupy The Cuts, która zagra 11.02 w klubie Kazamaty.

- Macie chyba niezbyt dobre skojarzenia z Krakowem. Dwa lata temu ukradziono Wam tutaj komputer, kiedy przyjechaliście na koncert.

- Zostawiliśmy samochód w centrum, a kiedy wróciliśmy, okazało się, że brakuje kilku przedmiotów, które zostawiliśmy wewnątrz, w tym mojego laptopa, a był on potrzebny na występ, żeby odpowiednio ustawić brzmienie basu. Miałem również w tym komputerze zapisane szkice tekstów na nową płytę. Musiałem więc je potem odtwarzać - na twardym dysku w mojej głowie. Ale występ okazał się całkiem udany - i trochę zatarł złe wspomnienia związane z kradzieżą.

- Teraz gracie trasę liczącą aż 22 występy w całej Polsce.

- Nie lubimy siedzieć w domu. Nie ma nas w telewizji, nie licząc Teleekspresu, w którym pokazaliśmy się niedawno, największe rozgłośnie radiowe też nie grają naszych piosenek. Jedynymi kanałami promocji są więc dla nas koncerty i Internet. Poza tym, kiedy gramy na żywo, czujemy że to, co robimy bardzo się ludziom podoba. Bez koncertów - taki zespół jak nasz po prostu nie istnieje.

- Wasze energetyczne brzmienie powstało w wyniku połączenia rytmów electro i rockowych melodii. Skąd ten pomysł?

- To wynika z naszych muzycznych fascynacji. Ja zawsze słuchałem gitarowego grania, a Tom Horn - elektroniki. Ponieważ znamy się od bardzo dawna, kiedy zaczęliśmy razem pracować, nie mogło powstać nic innego. To połączenie naszych światów.

- Teraz gracie w klubach, ale mieliście okazję pokazać się również na dużych scenach - podczas Top Trendy w Sopocie i na festiwalu piosenki w Opolu. Warto było?

- W polskim showbiznesie, który nie do końca mi odpowiada, trzeba korzystać z każdej możliwości promocji swojej muzyki. Przecież nie gramy tylko dla siebie. Chcemy, żeby usłyszało nas jak najwięcej ludzi. Chociaż nasza muzyka niezbyt pasowała do tych festiwali, dzięki telewizyjnym transmisjom dotarliśmy do szerokiej publiczności. I wcale nie musieliśmy się naginać.

- W ten sposób wylansowaliście swój największy przebój - "Pokój na jedną noc".

- Początkowo funkcjonował on w wersji angielskiej. Zresztą cały nasz pierwotny materiał został zaśpiewany w tym języku. Ale postanowiliśmy spróbować zrobić coś po polsku. Wtedy powstał "Kochać cię chcę". Zaśpiewaliśmy go na "Top Trendy" i zrobiło się wokół niego małe zamieszanie. Postanowiliśmy więc pójść za ciosem i przerobić inne kawałki na język polski. W ten sposób narodził się "Pokój na jedną noc", który w pierwotnej wersji był zupełnie o czym innym i miał bardziej gitarowe brzmienie. Ponieważ jego nowa wizja spodobała się naszemu wydawcy, zgłosił ją na festiwal w Opolu. I spodobał się również jurorom.

- Wolisz jednak śpiewać po angielsku?

- Bo po angielsku jest łatwiej - i śpiewać, i pisać. Ten język jest bardziej śpiewny. Polski brzmi strasznie. Komuś z zewnątrz chyba trudno słuchać polskich piosenek. Poza tym, kiedy po angielsku zaśpiewa się "I love you baby", to jakoś przechodzi, a po przetłumaczeniu na polski - robi się totalny kicz. Mimo wszystko od jakiegoś czasu śpiewam tylko po polsku. Na koncertach nietrudno zauważyć, że polskie piosenki mają znacznie lepszy odbiór.

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz