20.01.2012

Mistrz drugiego planu

ZYGMUNT KONIECZNY w rozmowie z Agnieszką Malatyńską-Stankiewicz

Fot. Grzegorz Ziemiański/www.fotohuta.pl

- ... jaki mały dyktafon. Do nagrywania muzyki pewnie się nie nadaje. Obcina basy?

- Niestety.

- Ale niech się pani nie martwi, nie będę śpiewał.

- Szkoda, bo miałam nadzieję, że odpowie Pan na pytania śpiewająco.

- Chciałbym, ale bez basów, byłaby to niepełna opowieść.

- Dowcipny Pan jest.

- A czego można się po mnie spodziewać? Byłem w kabarecie 40 lat. Czegoś się w Piwnicy pod Baranami nauczyłem.

- Dowcipu?

- Trochę tak, od Skrzyneckiego, Dymnego, Litwina. Napisałem kiedyś muzykę do tekstu Szymborskiej, do limeryków "Od wódki". Wyszło dosyć zabawnie. Zapytała mnie wtedy poetka, skąd u mnie takie poczucie humoru. Odpowiedziałem, że kilkadziesiąt lat w kabarecie do czegoś zobowiązuje.

- Było śmiesznie?

- Było. Ale nabrałem też w kabarecie dystansu, do sztuki i do życia.

- Na czym polegał ten dystans?

- Na tym, że nic nie robiliśmy poważnie. Byliśmy tak naprawdę kabaretem par excellence literackim, jak by to Piotr Skrzynecki powiedział. Większość dowcipów polegała na pastiszach i parodiach z literatury. Pisałem wtedy śmieszne piosenki. Ale jak przyszła Ewa Demarczyk to jednak spoważniałem. Ktoś mnie wtedy nazwał wesołym kompozytorem smutnych piosenek.

- Przylgnęło?

- Tak, na długo. Nie wiem, czy to nie stało się w Związku Radzieckim? Tak, chyba tak. Zawdzięczam to słuchaczom. Było to w 1969 roku. Pojechaliśmy na tournée, na ponad miesiąc. Gwiazdą była Ewa Demarczyk i Skaldowie. Ewa większość swojego programu śpiewała w Moskwie i Leningradzie, zaś na prowincji, zdaniem agenta, jej repertuar był zbyt trudny. Dlatego Skaldowie mieli tam większość programu, a ja Ewie akompaniowałem tylko jedną piosenkę.

- Jaką?

- "Grande valse brillante". Nawet się cieszyłem, że tak mało gram, bo Skaldowie się męczyli na scenie w Baku, Soczi czy Suchumi, a ja mogłem dłużej siedzieć na plaży i kąpać się w morzu. Byliśmy ubrani byle jak, w dżinsy i koszule, ale jak chodziliśmy po mieście wszyscy od razu poznawali, że jesteśmy "innostrancy". Tłumy młodzieży włóczyły się za nami cały czas. Zaczepiali nas okropnie, snobowali się na nas i chcieli od nas kupić wszystko.

- Ciuchy? Krem nivea? Biseptol?

- Tak, tak. Wszystko. I sprzedawaliśmy. Pamiętam, że jeden ze Skaldów tak się wyprzedał, że po plaży chodził później w smokingu, bo tylko to mu zostało. Kiedyś za sweter czy dżinsy kupiliśmy narkotyki. Wtedy nie wiedzieliśmy, co to jest, więc chcieliśmy doświadczyć. Baliśmy się spróbować w hotelu. Poszliśmy na plażę. Siedzimy na piasku, palimy "narkotykowe" papierosy i czekamy na reakcję. Czekamy, czekamy, a tu nic. Zostaliśmy oszukani. Więc pobiegliśmy do hotelu z nadzieją, że dołożymy temu, który nam sprzedał ten szajs. Łapiemy go, a on nam mówi, że trzeba było połączyć to z winem, bo wtedy dopiero działa. Oj, wesoło było.

- Na Zachodzie też?

- Już nie tak bardzo, choć zarabialiśmy znacznie lepiej. Na początku były to tylko diety, ale później, jak już pojechaliśmy do Belgii, dostawaliśmy honoraria w walucie.

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz