02.09.2011

Prywatna wojna Henryka

W okupowanym Krakowie

Fot. archiwum Henryka Ganowiaka

Rodzina Ganowiaków spokojnie albo trochę mniej spokojnie mieszkała w Sopocie od 1934 do 1938 roku. Sopot w tym czasie leżał w obszarze Wolnego Miasta Gdańska. Pan Józef Ganowiak pracował w Gdyni w austriackiej firmie przewozowej Schenker-C Hartwig jako kierownik finansowy, zatem codziennie do pracy jeździł przez państwową granicę. Dopiero kiedy Niemcy zaczęli zrywać polską flagę z domu zawieszaną na 3 Maja i 11 Listopada, pan Józef zdecydował się na przeprowadzkę do Gdyni. Zamieszkali przy ulicy Podolskiej 12: małżeństwo z trójką dzieci - Zenkiem, Henrykiem i Basią urodzonymi w 1929, 1932 i 1934 roku.

Józef Ganowiak, powstaniec wielkopolski, jako oficer rezerwy tuż przed wybuchem wojny otrzymał powołanie do Batalionów Obrony Wybrzeża. Od 1 września walczył pod dowództwem pułkownika Dąbka, bronił też do 16 września Kępy Oksywskiej. Wtedy płk Dąbek wezwał do siebie oficerów, którym nakazał przejście przez linie wroga, "jeśli kto ma szanse". Sam, nie mogąc podołać dalszej obronie, popełnił samobójstwo. Józef Ganowiak szczęśliwie przeszedł do swego gdyńskiego domu. Po raz drugi pożegnał się z rodziną i przez lasy witomińskie ruszył na dalszą wojaczkę. Niestety, w cywilnym ubraniu i z dokumentami na własne nazwisko szybko trafił do więzienia, a potem do obozu w Stutthofie.

W październiku 1939 roku Stanisława Ganowiak otrzymała propozycję podpisania volkslisty. Po kategorycznej odmowie razem z trójką dzieci została załadowana do wagonów bydlęcych i wywieziona w okolice Opoczna, do powstającej Generalnej Guberni. Pociąg zatrzymał się w szczerym polu, a wysiedleni z Gdyni na własną rękę musieli szukać noclegów. Dotarli do Krakowa, gdzie przyjął ich pod swój dach brat matki Józefa, profesor ogrodnictwa Wojciech Durzyński. Zamieszkali przy Łobzowskiej 7. Mieszkanie było bezpieczne, ale dobroć gospodarza krępowała dumną kobietę. Zwróciła się do Rady Głównej Opiekuńczej o jakieś lokum. Dostała dwa pokoje bez kuchni i łazienki w trzeciej oficynie ulicy Mikołajskiej 4. Dodatkowym wyposażeniem były pluskwy, których do końca wojny nie udało się już wyplenić. Rodzina zaczęła biedną okupacyjną egzystencję. Matka, przed wojną niepracująca, nauczyła się utrzymywać rodzinę przy pomocy dorywczych zajęć. Chłopcy nauczyli się kombinować resztki tytoniu, gilzy do nich i ruszył handelek na Małym Rynku albo na tandecie. Byli gazeciarzami, pracowali przy rozładunkach na dworcu towarowym, gdzie zawsze można było ukraść trochę węgla. Jednak tylko po południu, bo Niemcy otworzyli szkołę bardzo podstawową i mały Henryk z bratem zaczęli się uczyć przy Miodowej.

Każdy dzień zaczynali u ojców jezuitów, w kościele św. Barbary, gdzie jako ministranci służyli do mszy. Potem śniadanie (chleb z marmoladą z buraków) i tramwajem, "dwójką" albo "szóstką", z Rynku Głównego, oficjalnie zwanego Adolf Hitler Platz, do szkoły. "Ósemka" była "Nur für Deutsche" - "Tylko dla Niemców". Ta "ósemka" nie dawała urwisom spokoju. Połapali się, że świetnie mówią po niemiecku z bardzo dobrym akcentem i znajomością języka codziennego. Przecież w Sopocie cztery lata bawili się na podwórku z Niemcami i mogą Niemców udawać - i pojechać "ósemką". "Tata siedzi w obozie, coś musimy kombinować" - wytłumaczył Heńkowi brat Zenek i zabrali się do pierwszej akcji. Wzięli karton, elegancki papier prezentowy, poprosili starszego kolegę o uzupełnienie paczki... w ubikacji i weszli do wagonu, aby zadać cios moralny narodowi panów. Paczka, pozostawiona bez opieki, wpadła w oko umundurowanemu żołnierzowi, który, rozglądając się ukradkiem, wziął ją ze sobą. Chłopaki poszli za nim. Feldfebel wszedł do pierwszej lepszej bramy. Jego okrzyk "Scheisse!!!" był nagrodą za wyczyn.

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Gert
2011-09-04 20:08:07

"grupa zamachowców na generała Koppa" Pogratulować uwagi. Ale w sumie autor mógłby napisać jeszcze o "śmierci w katastrofie generała Sikorowskiego", a jednak nie napisał. Są plusy.

Odpowiedz »

Dodaj komentarz