16.02.2010

Bezpieka nie kontrolowała wszystkiego

W Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie odbyło się spotkanie poświęcone wydanej przez oddział krakowski Instytutu Pamięci Narodowej książce pt. "Strażnicy sowieckiego imperium. Urząd Bezpieczeństwa i Służba Bezpieczeństwa w Małopolsce 1945-1990".

O publikacji i historii struktur bezpieczeństwa mówili redaktorzy książki dr Filip Musiał i dr Michał Wenklar z IPN. Spotkanie prowadził Marek Górka z ŚOK. Przedstawiamy obszerne fragmenty dyskusji.

Marek Górka: Jaka była geneza powstania Urzędu Bezpieczeństwa?

Dr Filip Musiał: Zalążki resortu bezpieczeństwa publicznego powstawały jeszcze w Związku Sowieckim. Pierwsze grupy operacyjne były szkolone przez NKWD w Kujbyszewie. Owa elita bezpieczniacka - kujbyszewiacy - była kręgosłupem, wokół którego budowano kadry polskiej bezpieki. Wraz z przesuwaniem się Armii Czerwonej na Zachód grupy operacyjne postępowały za linią frontu i w każdym zajmowanym mieście wojewódzkim czy powiatowym tworzyły urzędy bezpieczeństwa. Trzeba jednak pamiętać, że co najmniej do jesieni 1945 r. główną siłą zwalczającą polskie podziemie niepodległościowe była bezpieka sowiecka. "Polskie" bezpieczeństwo cały czas znajdowało się pod kuratelą sowietów. W każdym urzędzie powiatowym i wojewódzkim, a także w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, funkcjonowali tzw. sowietnicy (czyli instruktorzy) - funkcjonariusze przeniesieni wprost z NKWD, których zadaniem było kształcenie polskich kadr.

MG: Kogo można uznać za najmroczniejszą postać krakowskiej bezpieki?

Dr Michał Wenklar: Wyróżniłbym postać Jana Freya Bieleckiego. Człowieka, który już przed wojną podczas studiów był zaangażowany w działalność komunistycznej młodzieżówki. Podczas kampanii wrześniowej uciekł na Wschód, zgłosił się do Armii Czerwonej i chciał zostać lotnikiem. Przypomniano sobie o nim później, gdy sowieci tworzyli oddziały dywersyjne mające zostać zrzucone na tereny Polski tuż przed wkroczeniem na nie Armii Czerwonej. Frey Bielecki na czele takiej grupy dywersyjnej został zrzucony na Wileńszczyznę, gdzie walczył z Niemcami, prowadził dywersję, ale też zwalczał AK. Później wrócił do Moskwy, pracował w radiu Związku Patriotów Polskich i pisał paszkwile na AK w komunistycznej prasie. Jeszcze później trafił do Krakowa i tutaj zasłynął przede wszystkim jako ten, który dowodził akcją rozpędzania patriotycznej manifestacji 3 maja 1946 r. To od niego pochodził pomysł, by załadować wielki dwulufowy karabin przeciwlotniczy i postrzelać ponad głowami demonstrującego wokół Plant tłumu.

FM: Moim zdaniem inna postać zasługuje na miano najbardziej mrocznej. Człowiek znany w Krakowie, szef krakowskiej bezpieki w latach 70. i autor kłamliwych książek poświęconych walce z podziemiem - Stanisław Wałach. Należy o nim pamiętać z kilku powodów. Nie tylko dlatego, że do swoich publikacji wprowadził niesamowitą ilość kłamstw oczerniających żołnierzy podziemia, ale przede wszystkim dlatego, że to on koordynował najbardziej krwawe akcje przeciwko podziemiu na przełomie lat 40. i 50. To on nadzorował akcję, w której złapano, przewieziono do Krakowa i rozstrzelano partyzantów oddziału Wiarusy, a więc tego, który powstał po rozbiciu zgrupowania mjr. Józefa Kurasia "Ognia". To on uczestniczył w akcji, w której rozbito Polską Podziemną Akcję Niepodległościowców i jej zbrojne ramię, czyli oddział Żandarmeria - oddział partyzancki działający na nowosądecczyźnie. W obliczu licznych aresztowań partyzanci Żandarmerii postanowili przedostać się przez Czechosłowację na południe Europy. Nie wiedzieli, że bezpieka zorganizowała kombinację operacyjną, w konsekwencji której ich łącznikiem i przewodnikiem po stronie czeskiej był funkcjonariusz tamtejszej bezpieki. Partyzanci, którzy nie mogli już walczyć, którzy zdali sobie sprawę, że możliwości zbrojnego oporu w kraju są już wyczerpane i którzy chcieli po prostu przeżyć i wydostać się z Polski, zostali przez czechosłowacką bezpiekę wprowadzeni w zasadzkę. Wywieziono ich autobusem do wąwozu, a dowodzący akcją Wałach dał tam rozkaz otwarcia ognia. Zginęło kilku partyzantów, dowódca PPAN Stanisław Pióro popełnił samobójstwo. Z relacji tych, którzy przeżyli (i przeszli później niebywale bestialskie śledztwo w krakowskim urzędzie wojewódzkim) wiemy, że Wałach miał wówczas chodzić między rannymi partyzantami i nad kilkoma się znęcać.

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz