31.01.2012

"Dama z gronostajem" powraca, spory pozostają

Najpierw kilka słów prof. Poprzęckiej z tekstu opublikowanego w "Gazecie Wyborczej" (18 stycznia br.).

"Po zakończeniu wystawy w Londynie »Dama z gronostajem« wraca do Krakowa. Nie ma powodu, by przywoływać głośny spór, który poprzedzał wypożyczenie obrazu. Bezprecedensowy sukces krakowskiego Leonarda dobitnie dowodzi, kto w nim miał rację (...). Nie życzmy obrazowi losu "Giocondy", gwałconej, sponiewieranej i nadużywanej na wszystkie sposoby popkulturowej ikony. Obie wystawy, przygotowywane latami przez najpoważniejsze europejskie instytucje muzealne, nareszcie zapewniły »Damie z gronostajem« należne miejsce w historii sztuki, w obiegu muzealnym i naukowym. Wystawa berlińska - jako najwybitniejszego dzieła portretowego malarstwa renesansowego, londyńska - jako najpiękniejszego obrazu Leonarda. »Dama« wraca do Krakowa jako obraz prawdziwie światowej sławy".

Ten spór jednak warto przytoczyć, bo prof. Poprzęcka zapomniała chyba, jak przebiegał i o co naprawdę chodziło. Na łamach "Dziennika Polskiego" pojawiło się sporo opinii o wyjazdach "Damy", od historyków sztuki po konserwatorów i muzealników. Wbrew sugestii prof. Poprzęckiej, były raczej zgodne, że dla arcydzieła Leonarda da Vinci wyjazd do Londynu jest szansą. Wielu podkreślało, że to jedyny od czasów pierwszej podróży do Waszyngtonu (1992 r.) wyjazd, o którym warto dyskutować. Dziś warto te opinie przypominać! W National Gallery, gdzie zobaczyliśmy aż 9 z kilkunastu obrazów mistrza Renesansu, byliśmy świadkami wystawienniczego wydarzenia roku w Europie! Takiego, o którym donosiły wszystkie poważne media na kontynencie. I tu "Dama" naprawdę rozbłysła, nie tylko dla historyków sztuki, bo oni - wbrew przekonaniu prof. Poprzęckiej - znają dobrze ten obraz, ale przede wszystkim dla szerokiej publiczności. Taka wystawa zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. Ale powiedzmy też od razu: wystawa "Twarze Renesansu" w Berlinie nie miała sugerowanej przez prof. Poprzęcką rangi. To "Dama" była jej ozdobą! To wystawa dość ciekawa, z pierwszym garniturem nazwisk, ale nie taka, która przechodzi do historii sztuki. I sugerowanie, że przysłuży się obrazowi Leonarda z Krakowa, jest przesadą. Dziś nie o tej prezentacji toczy się dyskusja, a właśnie o pokazie londyńskim. To dowód, kto w sporze o wyjazdy miał rację: ci, którzy mówili, że wyjazdy trzeba przemyśleć. Nie, nie zakazać. Po prostu przemyśleć. Najlepszym dowodem, do czego doprowadziła polityka "wydawania paszportu" portretowi Cecylii Gallerani bez zastanowienia jest kolejna zeszłoroczna podróż, ta, od której zaczęło się europejskie tournee. Pokaz w Madrycie, "Złote Czasy Rzeczypospolitej", to wystawa ważna z wielu powodów. Miała pokazywać czasy Polski szlacheckiej, naszą kulturę, specyfikę narodu, w którym wciąż żywy jest sarmacki duch. Co tam robił obraz "Dama z gronostajem"? Oczywiście, odpowiedź jest prosta - przyciągał na wystawę widzów. Oficjalne wytłumaczenie, że był "świadectwem kolekcjonerskiej pasji polskiej arystokracji", można na półkę z bajkami dla dorosłych włożyć, bo "Dama" w polskich rękach pojawiła się dopiero w 1800 roku. Rzeczypospolitej od kilku lat nie było już na mapie świata. Co więcej, tak naprawdę - jak zauważył fundator Adam Karol ks. Czartoryski - prosił o ten przyjazd hiszpański monarcha, a "królowi się nie odmawia, zwłaszcza, gdy jest kuzynem". Co więcej, prof. Poprzęcka, która przedstawia się jako niezależny ekspert, zapomina dodać, że w czasie gorących dyskusji o wyjazdach "Damy" była... członkiem Rady Fundacji xx Czartoryskich! Warto zaznaczać takie fakty, bo tłumaczą też dzisiejsze stanowisko Pani Profesor. Broni decyzji zarządu, który działał za jej kadencji w Fundacji xx Czartoryskich. Przykro mi, ale to wyklucza ekspercki charakter jej oka w tym wypadku, choć ma prawo bronić swoich ówczesnych decyzji. Tylko niech będzie jasne, że nie jest w tych sporach bezstronna. A do tego dodać trzeba jeszcze, że wyjazd to nie - jak sugeruje prof. Poprzęcka - wymiana dzieł pomiędzy instytucjami, lecz podróż zarobkowa (fundacja po prostu na nim zarobiła, niemało zresztą).

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz