26.01.2012

Historia bez zniekształceń i retuszy

Danuta Suchorowska-Śliwińska FOT. ARCHIWUM RODZINNE

Dzisiaj w siedzibie Regionu Małopolska NSZZ "Solidarność" (pl. Szczepański 5, pok. 406) o godz. 17 odbędzie się promocja wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej książki "Dziennik z lat 1981-1985, czyli z zakonspirowanych zapisków solidarnościówki".

Niestety, bez jej autorki, Danuty Suchorowskiej-Śliwińskiej, która zmarła 2 listopada ubiegłego roku. Publikujemy rozmowę, jaką reporterka "Dziennika Polskiego" przeprowadziła 9 października 2011 r., z chorą już wówczas pisarką, w Krakowie.

***

- "Dziennik z lat 1981-1985, czyli z zakonspirowanych zapisków solidarnościówki" to ostatnia Pani publikacja, którą do druku przygotowuje IPN. Czym jest ta książka?

- To opis, dzień po dniu, kilku burzliwych lat podziemnej "Solidarności" w Małopolsce, sporządzony w oparciu o notatki pisane przeze mnie na gorąco niemal każdego dnia od wybuchu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. do końca roku 1985. Notatki pisane często w sposób niejasny, zakamuflowany, żeby nikogo nie narazić, jeżeli wpadną w niepowołane ręce. Tak więc punktem wyjścia były pomięte zeszyty, zniszczone od upychania w różnych mniej czy bardziej dziwnych kątach. Przeleżały na zakurzonej półce do prawie 2007 r., kiedy postanowiłam je "odkopać".

- To jedyna w kraju taka publikacja. Działaczom opozycji nie wolno było prowadzić zapisków, było to przecież sprzeczne z elementarnymi zasadami konspiracji. Nie obawiała się Pani, że jeśli zeszyty wpadną w ręce SB, do więzienia trafi wiele osób?

- Sporządzając notatki używałam wyłącznie pseudonimów i uważałam, że w przypadku ewentualnej wpadki uchroni to ludzi przed represjami. Zakładałam ponadto, że nikt nie będzie w stanie odczytać moich "bazgrołów". Być może nie do końca miałam rację, ale kronikarska pasja była silniejsza. Zawsze pisałam dziennik, miałam to wpojone od dziecka.

- Od okresu opisywanego w "Dzienniku" minęło wiele lat, jedne zdarzenia ponakładały się na drugie. Miała Pani olbrzymie problemy z odtworzeniem wielu faktów. Dlaczego dopiero w 2007 r. zabrała się Pani za pisanie tej książki?

- Wcześniej nie miałam siły na powrót do moich zeszytów, nie miałam ochoty na sięgnięcie pamięcią do tamtego okresu. Myślę, że potrzebowałam tych lat na nabranie dystansu do zdarzeń opisywanych w "Dzienniku". Kiedy w 2007 r. zaczęłam odkurzać swoje zeszyty, długo wahałam się i zastanawiałam, czy dobrze robię, czy ma to sens. Z jednej strony miałam świadomość wartości tego mojego "pisania na gorąco", z drugiej zaś zdawałam sobie sprawę, że po tylu latach dla wielu osób będzie to mało albo nawet zupełnie niezrozumiałe. Ułatwienie sobie sprawy przez spalenie zeszytów, na co często miałam ochotę, nie było rozwiązaniem, które by mnie i moich bliskich zadowoliło. Miałam przy tym świadomość, że po mojej śmierci - mam 81 lat i byłam jednym z najstarszych działaczy krakowskiego solidarnościowego podziemia - niespalone zeszyty zaczęłyby z kolei niepokoić, nęcić moje córki i wnuki. A dla nich przygotowanie ich do publikacji byłoby nieporównywalnie trudniejsze niż dla mnie.

- "Dziennik", jak czytamy w recenzji prof. Tomasza Gąsowskiego, jest bardzo cennym źródłem dla badaczy dziejów krakowskiego podziemia solidarnościowego. Znajdą w niej informacje o ludziach, o tworzeniu się struktur podziemnych w Małopolsce, o podejmowanych działaniach itp. Co dla Pani, jako autorki, było najważniejsze?

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz