04.09.2010

Oby do tysiąca

Wacław Krupiński KULTURAŁKI

Być może gdzieś w początkach się pomyliłem, być może... Czyż zakładałem, że to tyle potrwa... Nie kojarzę też, czy moja kolejność uwzględnia tekst, który się nie ukazał, czy też go pomija, skoro nie dane mu było dotrzeć do Czytelników. Pamiętam za to, że zaproponował mi tę rubrykę redagujący magazyn sobotni Jakub Ciećkiewicz; on w ciągu tych lat awansował do piątku, ja pozostaję wierny sobocie ciesząc się z wierności Czytelników. Pośród tylu zmian, jakie dostrzegam od dekad na tych łamach, znając je jako czytający, a potem już i autor, ta moja stałość (choć pod tym względem...) nawet mi się podoba.

Oczywiście ja także się zmieniłem, i te zapiski są tego jednym z przejawów. Jeszcze parę lat temu nosiło mnie w stronę polityki, i tej wielkiej, i tej lokalnej (oj, nie lubiłem pewnego prezydenta Krakowa), a teraz - ot, kusi raz na jakiś czas, ale generalnie ciepło myślę o tych, którzy mnie od tej polityki odegnali. Szkoda życia. Już nawet nie miałem siły oglądać całego poniedziałkowego koncertu z okazji 30-lecia panny S. Panny po 30 latach tak bujnego życia na ogół tracą i urodę i inne szlachetne walory, i taki też zdał mi się ów wieczór.

Ani chybi z wiekiem łagodnieję - to delikatne "zdał się", i tak bez nazwisk!? Kiedyś to było nie do pomyślenia! Pewną solistkę Opery za jej gwiazdorstwo potraktowałem na tyle mocno, że aż - jak mi doniesiono - polały się łzy. Zrodzić płacz - to ostatnia rzecz, jaka się felietoniście godzi. Sprawić, że zakochany w sobie aktor-rektor się obrazi, że przestanie się odkłaniać, że wredny list do naczelnego skieruje - bardzo proszę. W to mi graj. Naraziłem się również, i dobrze, żonie sławnego dyrygenta, i dyrektorowi teatru, do którego już nie muszę chodzić, bo nie mam po co, i pewnemu koledze, bom o jego spektaklu źle napisał, zatem wspólnie z żoną przez jakiś czas mnie nie poznawali, i iluś tam jeszcze ludziom kultury (bo to wszak "Kulturałki"), i, in gremio, wyznawcom filmu Gibsona "Pasja", który mnie nie tylko do szewskiej pasji doprowadził... Ale taki to koszt cotygodniowego znoju pisania. Piania zawsze w tej samej objętości, zawsze w tym samym, na ogół ostatnim, momencie. Pozwala to zarazem lepiej poznać i ludzi, i siebie, nawet jeśli i ich, i siebie zna się latami - o co w moim wieku nietrudno. Poznałem też - i to w sensie ścisłym - nowe osoby. Prezesa Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych Zbigniewa Kazimierza Witka na przykład. Zaczepiony, zgoła niełagodnie, na kawę zaprosił, argumenty swe przedstawił... Nie przekonał. Ale dał się polubić.

Są więc te cotygodniowe zapiski odbiciem naszego "tu i teraz", i w równym stopniu lustrem, w którym sam się przeglądam - bo felietonista w sumie zawsze o sobie pisze, nieważne czy pretekstem jest książka, płyta, życie czy ktoś, kto nam z tego życia właśnie się oddalił.

Co tydzień dwie kartki - niby błahostka, ale bywało, że godzina zero nadchodziła i nic. Ani tematu, ani pomysłu... Telefon do przyjaciela (Paweł, dzięki) też nie zawsze pomaga. A mimo to ani razu na pustą kartkę papieru nie rzuciłem ręcznika.

Pojawiły się "Kulturałki" po raz pierwszy w październiku 2000 roku, i oto pięćsetne powstają; stąd ten ton, stąd chęć przypomnienia sobie, o czym przez tę dekadę pisałem, bo przecież większości tekstów nie pamiętam...

Być może gdzieś w początkach się pomyliłem, być może - wszak pewnie nie zakładałem, że to aż tyle potrwa... A skoro to pięćsetny odcinek, to pozostaje mi jedynie, kłaniając się nisko Czytelnikom, podziękować za ich rozmaite sygnały, że czytają - za przychylność lub wrogość - i prosić o ciąg dalszy. Niechby do tysiąca. To już byłoby coś. Oczywiście mam świadomość, że moja wola najmniej się tu liczy. Że niezbadane są wyroki... Nie tylko boskie. Także Wasze, Szanowni Czytelnicy.

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz