05.05.2010

Dlaczego nie lubimy debat

Debata, czy też konsultacja społeczna, jest pojęciem, które robi w ostatnich latach karierę. Jest to też termin wygodny w użyciu, oznacza bowiem wiele różnych inicjatyw ozdobionych szyldem partycypacji obywatelskiej.

W ten sposób konsultacją społeczną stają się niektóre procedury związane z realizacją miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, badania statystyczne potrzeb obywateli, a także prezentacje gotowych projektów czy spotkania informacyjne dla mieszkańców. Konsultacja rozumiana jako współdecydowanie to wyzwanie, którego powoli stają się świadomi zarówno rządzący, jak i rządzeni. Dla jednych i drugich rzecz to niełatwa, bo nowa.

Dla władz samorządowych jest to problem procedur: kto, jakimi metodami i jakim kosztem ten rodzaj konsultacji, rozumianej jako współrządzenie obywateli, z wszystkimi tego konsekwencjami, powinien realizować. Z rozmów z urzędnikami i radnymi wynika, że bardziej niż debaty interesuje ich zażegnywanie konfliktów, czyli że jest zapotrzebowanie na mediatorów i negocjatorów. To tak, jakby przedkładać leczenie nad profilaktykę. Tymczasem dobrze pojmowana debata to nie mediacja w konflikcie, ani nawet nie szukanie kompromisu. Dobra debata polega na wypracowaniu przez debatujących konsensusu. Jeśli samorząd zechce (odważy się?) zbudować wokół debaty szerokie partnerstwo, nie będzie podejrzewany o stronniczość, a konsultacja nie zamieni się w giełdę skarg i wniosków pod adresem urzędu.

Skąd czerpać inspiracje?

Warszawa, Poznań, Łódź, Gorzów Wielkopolski i inne miasta w Polsce mają już pewne doświadczenia z partnerską formą debat. Także Kraków. Wymienię tu spotkania konsultacyjne dotyczące zmian w przestrzeni placu Centralnego i alei Róż, realizowane przez Stowarzyszenie PLANI i Instytut Socjologii UJ, czy zainicjowaną przez British Council, sprawdzoną w kilku dużych miastach polskich i europejskich, grę pod nazwą Future City Game. Krakowska edycja tej gry, adresowana do zaproszonych imiennie mieszkańców, miała odpowiedzieć na pytanie: jak ożywić przestrzeń miejską osiedli B i C w Nowej Hucie? Inny charakter ma sondaż deliberatywny - stworzona na Uniwersytecie Stanforda metoda opierająca się na konsensusie wypracowanym przez wybranych losowo obywateli miasta. Ta metoda, zastosowana niedawno z powodzeniem w Poznaniu, ma być użyta jako narzędzie konsultacji dotyczących przyszłości krakowskich Błoń. Można zainspirować się doświadczeniem norweskim (wdrażana w Polsce metoda zwana konsultatywą) czy amerykańskim Project for Public Spaces. Zapewne socjolodzy mogliby polecić wiele innych przykładów.

Mimo dostępności i różnorodności metod, stworzenie w oparciu o nie dobrze funkcjonującego systemu konsultacji (zwłaszcza dla dużego miasta) nie jest proste. Tak to sobie przynajmniej, jako obywatelka debatująca, wyobrażam. A co z obywatelami?

Konsultacje, czyli listek figowy

Dla większości obywateli miasta (rzadziej wsi) przestrzeń publiczna jest terenem albo niczyim, albo należącym w jakiś niejasny sposób do władzy magistrackiej. Bywa, że uważa się ją za obszar, o którego losach decydują układy pomiędzy władzami miasta a biznesem. W ten sposób przestrzeń publiczna jest postrzegana jako pole dla próby sił: urzędnicy kontra mieszkańcy.

wydrukuj wyślij

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz