09.09.2010

Uniwersalna historia

ROZMOWA. Reżyser JACEK BORCUCH o wytypowanej do walki o nominację do Oscara produkcji "Wszystko, co kocham"

Fot. ITI Cinema

Gratulacje! Twój film "Wszystko, co kocham" został właśnie wytypowany jako polski kandydat do walki o nominację do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego. Czy to spełnienie marzeń dla filmowca?

- Część z tych marzeń się spełni, jeśli otrzymam nominację Akademii. Każdy filmowiec myśli przecież o Oscarach. Na razie zostałem wytypowany przez polskich jurorów, z czego oczywiście bardzo się cieszę. Czuję, rzecz jasna, satysfakcję zawodową. Z doświadczenia wiem jednak, że nie jest łatwo wypromować film przed Oscarami, to dość skomplikowany proces.

- Czy wiadomo już coś na temat przedoscarowej promocji? Bez tego trudno liczyć na nominację.

- Jest jeszcze zbyt wcześnie. O sprawie dowiedzieliśmy się we wtorek wieczorem. Zapewne częścią promocji zajmie się jak zwykle Polski Instytut Sztuki Filmowej. Film miał już amerykańską premierę na festiwalu Sundance, więc będzie nam trochę łatwiej.

- No właśnie, na Sundance, niesłychanie prestiżowym festiwalu, zrobiłeś furorę...

- Z "Wszystko, co kocham" zjechałem już pół świata. Światową premierę mieliśmy na festiwalu Pusan w Korei Południowej. Był tam również dyrektor Sundance, film tak mu się spodobał, że zaprosił nas do Ameryki. Okazało się, że za oceanem moja produkcja jest bardzo dobrze odbierana. Z tego, co wiem, o włos przegraliśmy nagrodę publiczności na Sundance, który uważany jest za czwartą najważniejszą imprezę filmową na świecie. Film otrzymał świetną recenzję w cenionym piśmie "Variety".

- Czy to wszystko pomogło filmowi i Tobie?

- Tak. Sundance to wielka marka, która dodaje twórcy wiarygodności. Po festiwalu otrzymałem od razu kilka propozycji pracy w Stanach. Mam jednak 40 lat i nie będę się przenosił na drugi koniec świata. Gdyby to było 15 lat temu, pewnie bym spróbował.

- Film pokazuje historię dwójki młodych ludzi z lat 80., czasów muzyki punk i buntu przeciw komunizmowi. Jak Amerykanie to odbierają?

- Bardzo dobrze, historia jest uniwersalna. Dyrektor Sundance powiedział nam, że to mocno amerykański film. Oczywiście, za oceanem odrzucają kontekst historyczny, zrozumiały przede wszystkim dla nas. Dla nich jest to opowieść szekspirowska, trochę jak z "Romeo i Julii". Zauważono nawet, że grający główną rolę Mateusz Kościukiewicz jest podobny do Jamesa Deana i Heatha Ledgera. Amerykanie lubią takie historie o chłopaku z prowincji, który próbuje zmienić świat.

- Uda się zatem wprowadzić film do amerykańskich kin?

- Zajmuje się tym właśnie mój francuski agent. Film został sprzedany do kilkudziesięciu krajów na całym świecie, będzie wyświetlany w kinach w większości krajów europejskich, a także m.in. w Ameryce Południowej i Korei. W tej chwili trwają rozmowy z Amerykanami.

- "Wszystko, co kocham" to dopiero Twój trzeci film, po offowym "Kalafiorrze" i "TuliPanach"! Czy teraz łatwiej Ci będzie realizować swoje kino?

- Przygotowuję się właśnie do nakręcenia nowego filmu. Zdjęcia mają się rozpocząć wiosną 2011 roku. Na razie nie chcę więcej zdradzać.

Rozmawiał RAFAŁ STANOWSKI

wydrukuj wyślij

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Marek Londoner75
2010-09-10 01:27:06

Jezeli zajmuje sie nim francuski agent, to na pewno sie mu nic nie uda. Francuzi nie maja pojecia, jak to sie robi gdzie indziej i mysla tylko o wlasnej korzysci. Mam nadzieje, ze go ten agent nie oszuka.

Odpowiedz »

Dodaj komentarz