12.06.2009

O dwudziestoleciu refleksje prywatne

Stefan Płażek*

Minęło już ponad 19 lat od 4 czerwca 1989 przyjętego konwen­­­cjonalnie za datę odzyskania suwerenności przez Polskę. Uprawnia to mnie jako jej obywatela (choć żaden ze mnie historyk) do prób porównań tego okresu z podobnym co do długości czasem trwania II Rzeczypospolitej.

Nie jest to jeszcze co prawda pełne 20 lat, ale po pierwsze, start państwowości w 1918 roku był jakby trudniejszy w zdewastowanym wojną światową kraju, który w dodatku natychmiast potem został zmuszony do nowej wojny o swój byt. Po drugie zaś, już obecnie można z dużym prawdopodobieństwem ocenić stan osiągnięć III RP w roku przyszłym, gdy już minie pełne jej 20 lat.

Czy jest bezpiecznie?

Znane jest twierdzenie, że minimum roli państwa to siły zbrojne i wymiar sprawiedliwości (niektórzy twierdzą że to program maksimum). Otóż pragnę zauważyć, że nie mamy obecnie na wypadek konfliktu zbrojnego możliwości powołania 500 tysięcy żołnierzy, nie mamy zdolnych do latania 300 samolotów bojowych (w dodatku własnej produkcji), zaś dystans technologiczny wobec potencjalnych napastników mierzy lata świetlne. Tylko częściowym pocieszeniem jest, że być może będziemy mieli jedną baterię rakiet przeciwlotniczych ziemia - powietrze (choć lepsze byłyby ziemia - samolot), zaś nasza marynarka wojenna wydaje się silniejsza od białoruskiej.

Owszem, bezpieczeństwo narodowe jest mierzone nie tylko możliwościami własnej armii, ale i siłą posiadanych sojuszy. Tyle, że siła obecnych pozostaje nadal niezweryfikowana, czyli w istocie polegają one głównie na wierze, jak te z 1939 roku. Uprzedzając ewentualny argument o bezpieczniejszej obecnie niż wówczas sytuacji międzynarodowej pragnę przypomnieć, że parę miesięcy temu doszło do interwencji Rosji w Gruzji pod pretekstem ochrony mniejszości rosyjskiej w płd. Osetii. Mniejszość ta liczy ok. 2 tys. osób (dane z internetu). To około 1600 razy mniej niż Niemców Sudeckich (3,2 mln), od ochrony których poczęła swą misję dziejową III Rzesza. A reakcja Europy zupełnie jak w Monachium Anno 1938 - wszyscy ucieszeni perspektywą pokoju za utratę de facto na stałe przez Gruzję dwóch prowincji. Jak to rzekł prezydent Sarkozy - gwarancja integralności terytorialnej Gruzji nie wynika wprawdzie z litery wypracowanego porozumienia z Rosją, ale z jego "ducha". No to pozostaje nam wiara w duchy.

Co do wymiaru sprawiedliwości, to owszem, działa on, ale tylko do pewnego poziomu sum pieniężnych, względnie stanowisk publicznych. Powyżej nich można zaobserwować to, co się dzieje z klasycznymi prawami fizyki newtonowskiej przy nazbyt dużych masach czy prędkościach: przestają funkcjonować. Takie sygnały w dwudziestoleciu międzywojennym nie były odbierane, przynajmniej zaś nie stanowiły powszechnego odczucia. Wymiar sprawiedliwości zachowywał na ogół wysoki prestiż.

O kapitale, głównie ludzkim

Dokonania państwa w danym okresie można jednak też mierzyć jego osiągnięciami infrastrukturalnymi. Temat jest obszerny, ale faktem pozostaje, że uboga II RP potrafiła w 10 lat od zera zbudować duże miasto - Gdynię - z największym na Bałtyku portem. Szukam, co by z tym obecnie porównać. Może Laboratorium Frakcjonowania Osocza?

Oczywiście, można też rzec, że największym skarbem państwa są jego obywatele. No, tych to mamy w porównaniu z okresem międzywojennym tylu, że aż ich rozdajemy. Ba - sami wyganiamy, żeby sobie poszli - emigracja za chlebem przekroczyła wielokrotnie liczby sprzed II wojny.

Naturalnie, istotna jest nie tylko liczebność, ale i kondycja społeczeństwa. Materialnie owszem, jest na ogół wyższa od tej z 1939 roku. Niemniej, nie może być obecnie określona - jak wówczas - jako równorzędna z włoską czy hiszpańską, a lepsza niż np. w Portugalii czy Grecji.

Nie ma dziś prawie analfabetyzmu, ale to już zasługa tzw. minionej epoki. Obecny system oświaty raczej go przywraca. Należy zauważyć, że zupełnie niemal zniknęło pojęcie człowieka gruntownie, czy choćby dobrze wykształconego. A jeśli już takich określeń się używa, to najczęściej wobec osób z przedwojenną maturą czy studiami.

Bodaj najcenniejsze, co przedwojenne społeczeństwo z siebie wydało, to parę roczników urodzonych i wychowanych w wolnej Polsce. Ludzi bardzo młodych, którzy jednak zdołali nieodwracalnie nasiąknąć atmosferą suwerennego, normalnego państwa i nam ją przekazać. Ludzi, którzy en masse poszli w 1939 roku na front, a potem do konspiracji, bo to było dla nich oczywiste. A potem często do więzień. To kilkakrotnie zdziesiątkowane pokolenie, które jednak potrafiło wydać plon tak niewspółmiernie wielki, było najcenniejszym depozytem międzywojennego społeczeństwa.

Pytanie obecnie brzmi: czy zdołaliśmy wychować takie pokolenie? Niestety, nie. I nie jest to wina współczesnej młodzieży. Nie jest ona w niczym gorsza od tej urodzonej osiemdziesiąt kilka lat temu. Jednak nie została jej przekazana ani świadomość dziedzictwa, ani spójny system wartości. Nie zostały dostarczone dobre wzorce postępowania. Nie pojawiły się sytuacje, w których mogliby oni być dumni ze swojego państwa, z jego bieżących osiągnięć. Nawet nie mają oni poczucia, że są temu państwu potrzebni, że są jego przyszłością i nadzieją. Nie miejmy zatem do nich żalu, że wielu z nich stanie się wnet dobrymi Irlandczykami czy Amerykanami. Wiąże się to poniekąd z inną możliwą płaszczyzną porównań - z atrakcyjnością polskości. Zauważmy, że nie tylko w dwudziestoleciu międzywojennym, ale nawet w okresie zaborów, przy braku własnego państwa, bardzo częste były przypadki dobrowolnej polonizacji. Obecnie czegoś takiego się nie obserwuje; pani Nelly Rokita pozostaje raczej sympatycznym wyjątkiem. Polskość nikogo już trwale nie przyciąga.

Powody do niepokoju

Porównanie obu dwudziestoleci wypada zatem w moim odczuciu na niekorzyść bieżącego. W dodatku, nie obserwuje się czegoś takiego, jak nadzieja na zmiany. System państwowy wydaje się spetryfikowany, klasa polityczna okopana i dostępna jedynie dla osobników, których prywatnie raczej nie należy wpuszczać do domu. Tymczasem powstają nowe zagrożenia, nieznane w dwudziestoleciu międzywojennym: starzenie się społeczeństwa, zbliżający się kryzys ubezpieczeń społecznych. To fakty realne, ale zbyt zatrważające, by o nich poważnie zacząć rozmawiać. Nie rozwiążą ich ludzie wpatrzeni tylko w słupki sondaży opinii publicznej.

Powstaje zatem pytanie, czy w ogóle projekt polityczny pod tytułem odzyskanie własnej suwerenności zakończył się sukcesem? Nie chcę tu stawiać tezy niczym bp Ignacy Krasicki ("zawżdy to lepiej było kiedy cudzy rządził"). Zresztą on żartował. Chcę jednak powiedzieć, że żadnego państwa nie stać na dłuższą metę na eksperyment w postaci złych, względnie nieudolnych rządów. Zważywszy na trwającą od kilkunastu lat karuzelę pasożytów, zwykłych złodziei czy w najlepszym razie nieudaczników bojących się własnego narodu, należy się bardzo poważnie zastanowić, ile jeszcze zostało czasu na te zabawy. A bardziej trafne niż z dwudziestoleciem międzywojennym, wydaje się porównanie obecnego okresu z tak zwanymi saskimi ostatkami.

*Autor jest adiunktem w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

wydrukuj wyślij dodaj do dodaj do

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - Wydawnictwo Jagiellonia S.A., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.



Waszym zdaniem

Brak komentarzy

Dodaj komentarz