Utrata mieszkania to jeszcze nie bezdomność. A odzyskanie go...

Utrata mieszkania to jeszcze nie bezdomność. A odzyskanie go - to nie wyjście z bezdomności

Majka Lisińska-Kozioł

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Nie jest łatwo powiedzieć o sobie: jestem osobą bezdomną
1/2

Przejdź do
galerii zdjęć

©fot. Dzieło Pomocy św. Ojca Pio

O osobach, których domem jest ulica i pustostan, jest głośno, gdy zaczynają się mrozy. Wtedy trzeba dać im miejsce do spania i coś do jedzenia. Wystarczy, żeby mogli przetrwać, a nie odzyskać swoje życie. A to nie jest łatwe. Bo jeśli latami człowiek spada na dno, nie odbije się od niego w ciągu jednego dnia.
Bezdomność to najtrudniejsza forma kryzysu, który osacza człowieka z wielu stron. Często nie zdaje on sobie sprawy, że zbliża się do krawędzi. Że jeszcze krok i spadnie na dno. A człowiek, który traci dom, traci grunt pod nogami. Bo na ogół zostaje bez przyjaciół, często bez wsparcia rodziny i wiary w to, że sobie poradzi. Staje się samotnym bezdomnym. Z takiej bezdomności nie wychodzi się z dnia na dzień.
Czasami trwa to miesiące, czasami lata. To proces trudny i złożony, bo zanim człowiek, który stracił swoje miejsce na ziemi, poczuje się dobrze w kolejnym, musi rozwiązać kwestię braku pracy, braku pieniędzy, stabilności zawodowej oraz rodzinnej. I musi odbudować relacje.

Marek ma 43 lata. Nie wygląda na osobę, która jest w trakcie wychodzenia z bezdomności; modnie ubrany, czysty, wypowiada się swobodnie, operując dużym zasobem słów. Tyle że o przyszłości myśli ostrożnie. Wiele lat temu zdobył zawód montera podzespołów elektronicznych, miał pracować w zakładach Telpod, ale jak skończył szkołę - firmę zlikwidowano. Poszedł do liceum dla pracujących, jednak przerwał naukę. I choć nigdy nie pił, to raczej snuł się, niż szedł przez życie. Właściwie bez sukcesów, bo nawet rodzina mu się rozpadła, a z dzieckiem nadal nie ma kontaktu.


Na dobre stracił swoje lokum, gdy miał 36 lat. Jego rodzice już nie żyli, a ponad stumetrowe mieszkanie komunalne Marek zajmował z bratem i siostrą. Jakoś sobie radzili, dopóki była praca. Opowiada:- Ale gdy znalazł się właściciel kamienicy, od razu podniósł czynsz. Nie byliśmy w stanie go płacić, więc zadłużenie rosło jak na drożdżach. Sąd orzekł wobec mnie eksmisję bez prawa do lokalu zastępczego.

W schronisku dla bezdomnych pierwszy raz w życiu poczuł się inny, gorszy. Nie pomogła mu przydatna w takich sytuacjach natura, która sprawia, że szybko aklimatyzuje się w nowych miejscach oraz akceptuje zmiany. Dokuczał mu brak prywatności, uciskał regulamin, drażniły wyznaczone godziny powrotu. Chciał się stamtąd wyrwać. Nie rozumiał, dlaczego niektórzy koledzy pragnęli czegoś wręcz odwrotnego: żeby zostać w przytulisku na zawsze. I tam sobie trwać.

Zdaniem Cezarego Ładygi, pracownika socjalnego z Dzieła Pomocy św. Ojca Pio - najpoważniejszym problemem osoby bezdomnej jest nieunormowana sytuacja rodzinna. Kto ma z rodziną i przyjaciółmi dobre relacje, ten z ich pomocą szybciej rozwiązuje piętrzące się problemy. Osoby bezdomne są na ogół osamotnione i o pomoc nie proszą. - Dlatego w Dziele uczymy ludzi, którzy są na życiowym zakręcie, nie tylko proszenia o pomoc, ale też - jak mówi Iwona Surmaj, kierowniczka działu socjalnego w Dziele - przyjmowania tej pomocy. I to tej właściwej, skutecznej, a nie tej, o której sądzą, że będzie dla nich najlepsza.

Mieszkanie chronione w Nowej Hucie, do którego trafił Marek z przytuliska, to był jego krok do lepszej przyszłości. Długi, bo trwał cztery lata. - Lokalem opiekował się Caritas, a ostatnio przejęło je Dzieło Pomocy św. Ojca Pio. Żyłem tam z trzem innymi panami. Nie było źle, ale w takim gronie zawsze się znajdzie ktoś, kto potrafi zepsuć atmosferę. Czułem, że muszę się stamtąd wyprowadzić - tłumaczy.

Marek nie czuł się w swojej skórze komfortowo, ale też nie myślał o sobie jak o osobie bezdomnej. Raczej jak o kimś, kto jest tymczasowo w trudnym położeniu. Nie otaczał się przedmiotami. Dbał, by mieć tylko walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, aby w każdym momencie móc ją wziąć i wyjść. Jedyną jego słabością, było kupowanie butów. Tego sobie nie odmawiał. A cztery lata względnie bezpiecznej stabilizacji wykorzystał na operację kolana i zdanie matury. - Nie zmarnowałem czasu - mówi.

Od pół roku jest zatrudniony w supermarkecie. Wynajmuje samodzielne mieszkanie. Życie zaczyna od nowa. - To miłe uczucie, ale też odpowiedzialność - nie kryje. - Nie myślę o tym, że noga mi się powinie. Staram się iść do przodu. Nie jest najgorzej. Razem z partnerką wychowują jej córkę. Swoim dzieckiem nie może się dziś opiekować. Płaci alimenty.

Z obserwacji Cezarego Ładygi wynika, że wśród tych, którzy sobie nie radzą, są na przykład osoby starsze. Bywa, że człowiek, który przepracował 30 lat w jednym zakładzie i wraz z likwidacją miejsca pracy stracił nie tylko możliwość zarabiania pieniędzy, ale stracił też kolegów i swoje środowisko. Bez tego, do czego przywykł, trudno mu było funkcjonować. Nie miał pieniędzy, nie było obok ludzi, na których mógłby liczyć, był sam i nie potrafił lub nie wiedział, kogo poprosić o pomoc. Problemy zaczęły go osaczać.

- Bez wsparcia w rodzinie lub w instytucji został wyrzucony poza nawias społeczeństwa - mówi Iwona Surmaj. Bo jej zdaniem na bezdomność składa się wiele różnych czynników. Jeśli człowieka dopadnie choroba, wejdzie w trudny związek, ma fatalne relacje ludźmi, doznaje przemocy i w końcu traci pracę - trudno mu unieść to wszystko. Stacza się jak po równi pochyłej, coraz niżej i niżej. A potem się poddaje i dostosowuje.

Karol skończył pięćdziesiątkę. Przez wiele lat żył na wysokim poziomie; magister inżynier, drugi fakultet z zarządzania. Mówi o sobie, że przez zbieg różnych okoliczności i zdarzeń losowych znalazł się w ekonomicznym narożniku. Na razie nie bardzo wie, jak z niego wyjść.

Po tym, jak stracił swoje mieszkanie, zatrzymał się u kolegi. To miał być stan przejściowy; ot kilka dni, tygodni. Ale mijały kolejne miesiące i wreszcie musiał się wyprowadzić. - Pierwszą noc, kiedy to żywcem nie miałem się gdzie podziać, pamiętam jak senny koszmar. Wyszedłem na ulicę z kilkoma torbami w rękach. W przytulisku dla bezdomnych usłyszałem, że przyjmują na nocleg do godziny dwudziestej. Było później. Poranka doczekałem na dworcu.

Nie jest łatwo powiedzieć o sobie: jestem osobą bezdomną. W każdym przypadku taka sytuacja jest załamaniem indywidualnego planu życiowego danego człowieka, który z powodu rozwodu, uzależnienia alkoholowego, pogorszenia się stanu zdrowia nie może realizować zamierzeń tak jak wcześniej. Szczególnie mężczyznom jest się trudno przyznać do porażki, zwłaszcza tym, którzy funkcjonowali na wyższym poziomie. Kłopoty trzymają więc w tajemnicy, a gdy prawda wychodzi na jaw, wszyscy są zaskoczeni, zadają pytania.

Żeby ich nie słyszeć lub na nie odpowiadać, najprościej jest zniknąć. Przenoszą się więc do innego miasta, wycofują się z życia, które prowadzili, a innego pomysłu na siebie nie mają. - Tracą przynależność do środowiska, jak Karol, który ma wysoki status społeczny. Tracą znajomych, bo już do nich nie pasują. Są inni. Tymczasem każdy z nas potrzebuje grupy odniesienia i grupy, do której przynależy, a osoby bezdomne łączy to, że nie mają mieszkania. Dla nich bezdomność wśród bezdomnych oznacza anonimowość - opowiadają pracownicy socjalni Dzieła Pomocy św. Ojca Pio.

Karol zawsze myślał, że bezdomny to człowiek z problemem alkoholowym lub narkotykowym, bez wykształcenia. Siebie nie widział w tym gronie. Aż do czasu, gdy został bez rodziny, bez domu, pieniędzy, ale za to z długami. I nawet to, że dziś zarabia jakieś pieniądze, nic nie zmienia w jego sytuacji. Kwota nie wystarcza na wynajęcie własnego mieszkania, na odłożenie na wakacje dla syna.

Do Dzieła Pomocy św. Ojca Pio trafił przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Przyjął pomoc i odnalazł w sobie determinację do zmiany sytuacji, w jakiej się znalazł. Rozszerza swoje umiejętności, uczestnicząc w szkoleniach. Kiedyś sam uczył osoby bezrobotne korzystania z komputera. Zajmował się marketingiem, zagadnieniami z księgowości.

W tamtym życiu - jak mówi - wydawało mu się, że świat do niego należy. Ale zdarzył się poważny wypadek. Stracił zdrowie, musiał przestać pracować w swoim zawodzie. Nie mógł zapewnić rodzinie dobrego standardu życia, do którego przywykła. Siedział więc w domu i przez cztery lata wychowywał syna: -Przez czas opieki nad dzieckiem wypadłem z obiegu i trudno mi było znaleźć zajęcie. W tej sytuacji partnerka odseparowała go od syna. Karol tęsknił za dzieckiem, ale nie mógł się na dłużej zakotwiczyć w pracy i wciąż nie zarabiał dość dużo. Długi rosły aż w końcu stracił mieszkanie oraz komfort, do jakiego przez lata przywykł.

Dziś pracuje na umowę i komornik zajmuje zarobione pieniądze na poczet zaległych alimentów oraz innych długów. Wciąż daleka przed nim droga do tego, by zacząć życie na nowo. - Korzystam z mieszkania chronionego, które pozwala mi odpocząć psychicznie i nabrać dystansu - opowiada. - Jestem objęty także innymi rodzajami wsparcia; chcę z pomocą fachowców ustalić strategię działania na przyszłość. Mam przecież syna i jestem mu potrzebny. Ale nie tylko teraz, gdy się rozwija, ale być może także wtedy, gdy będzie decydował o dorosłym życiu - mówi. - Na razie mozolnie odbudowujemy wzajemne relacje, choć nie jest to łatwe, bo brak nam prywatności. Syn się krępuje obecności współlokatorów, więc staram się zadbać o komfort naszych spotkań.

- Gdy nasi podopieczni wprowadzają się do mieszkania chronionego, są szczęśliwi. Każdy jest pewien, że będzie super. A tymczasem zaczyna się intensywna praca nad sobą - podkreśla Cezary Ładyga. Bo mieszkania chronione to tylko fragment rzeczywistości osób bezdomnych, ale dosyć skuteczna droga wyjścia z bezdomności. Żeby z niej skorzystać, potrzebna jest gotowość danej osoby, ale nie każdy ją w sobie odnajduje. Pobyt w mieszkaniach chronionych nie ma za zadanie sprawić, by panowie zyskali stabilność i komfort. Ma dać szansę na sprawdzenie, czy potrafią zadbać o siebie poza placówką.

- Nie pobieramy opłat za te mieszkania, ale wprowadziliśmy dla lokatorów tzw. depozyt, żeby uczyć panów - bo dziś rozmawiamy o panach - oszczędności i planowania wydatków - zauważa Iwona Surmaj. - W zależności od dochodów każdy z nich wpłaca do depozytu co miesiąc pewną kwotę. Depozyt zostanie zwrócony, gdy osoba bezdomna będzie gotowa wynająć lub wyremontować własne mieszkanie. Albo, na przykład, zechce szybciej spłacić zaległości alimentacyjne, zainwestować w wykształcenie, w firmę.

Takie ponowne przejmowanie odpowiedzialności za siebie musi jednak trwać. Bo jeśli wchodzi się w bezdomność kilka lat, nie wyjdzie się z niej od razu.

Najpierw trzeba pokonać wstyd. Na ogół osoba, która traci dom, chce się schować do mysiej dziury. Unika wzroku znajomych, dawnych sąsiadów. Snuje się po klatkach, w końcu trafia na działki, do pustostanu, do przytuliska. Po jakimś czasie przyzwyczaja się do swojej sytuacji. I w końcu znika. Nawet podopieczni placówek oferujących pomoc osobom bezdomnym stają się w tłumie podobnych do siebie osób anonimowi. To wzmacnia bezdomność, czyli inność. A tymczasem Polacy wciąż są społeczeństwem nietolerującym inności. Chcą się jej pozbyć… Już. Natychmiast. Dlatego gdy ściska mróz, w mediach pełno apeli o ciepłe koce, miejsce do spania i coś do jedzenia. Byle nikt nie zamarzł. Często takie działanie ratuje osobie bezdomnej życie. Ale nie podpowiada, co z nim zrobić.

Dlatego błędem jest wrzucanie do worka z napisem „bezdomność” wszystkich sytuacji, w wyniku których ludzie tracą dom. I ocenianie ich jednakowo, bo losy ludzkie są różne. Wychodzenie z bezdomności to proces indywidualny. - Bywa, że osoba bezdomna wszystko podporządkowuje temu, by mieć mieszkanie. A gdy je już ma, odkrywa, że jest to dopiero początek drogi do lepszego życia. Bo nadal ma problemy z budowaniem sieci wsparcia, relacji rodzinnych - opowiada Cezary Ładyga. Tak było z Jerzym, który zdobył mieszkanie, okrzepł w pracy, zarabiał, ale nie miał z kim dzielić radości. Zapraszał więc nieznajome osoby po to, by mieć towarzystwo. Z czasem zaczął pić, stracił pracę i był na najlepszej drodze, by znów wrócić do noclegowni. - Chęć zdobycia mieszkania przez osobę bezdomną może być tylko przykrywką dla innych problemów - uważa Iwona Surma. - Kluczem do skutecznej pomocy w wychodzeniu z bezdomności jest poznanie człowieka. Jego historii, ale też jego marzeń. A potem trzeba przekonać go, że zanim znów zamieszka u siebie, musi mieć gotowy pomysł na życie.

***
Dzieło Pomocy św. Ojca Pio prowadzi 4 mieszkania wspierane dla bezdomnych kobiet oraz 3 mieszkania chronione dla bezdomnych mężczyzn.Ta forma wsparcia mieszkaniowego zapewnia schronienie kilkudziesięciu osobom bezdomnym.

Na terenie Krakowa rocznie przebywa ponad 2200 osób bezdomnych (Raport Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej - Ogólnopolskie badanie liczby osób bezdomnych przeprowadzono w nocy z 21 na 22 stycznia 2015 roku).
Ze wsparcia Dzieła Pomocy św. Ojca Pio korzysta około 1600 osób bez domu.
Każdego miesiąca w Dziele:
•odbywa się średnio 590 kąpieli,
•około 270 osób korzysta z garderoby,
•odbywa się 475 konsultacji specjalistycznych.
19 marca, w krakowskim Półmaratonie Marzanny, wystartuje drużyna Dzieła Pomocy św. Ojca Pio. Sportowcy pobiegną pod hasłem „Ulica dobra do biegania, nie do mieszkania”, by zwrócić uwagę społeczeństwa na problem, jakim jest bezdomność. Do drużyny Dzieła już zgłosiło się 80 biegaczy.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo