Skarby z UNRRA i zrzuty od innych ciotek....

Skarby z UNRRA i zrzuty od innych ciotek. W paczkach przysyłano do Polski też wolność

Aleksandra Suława

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Na wystawie „Paczka z Ameryki” można oglądać m.in.  przysyłane z Zachodu zabawki
1/45
przejdź do galerii

Na wystawie „Paczka z Ameryki” można oglądać m.in. przysyłane z Zachodu zabawki ©fot. Anna Kaczmarz

Paczki pomagały odbudować kraj po wojnie, utrzymać więzi z rodziną, stworzyć namiastkę luksusu, wreszcie - odzyskać wolność. Paczki z zagranicy. Polacy otrzymywali je przez cały okres komunizmu. Przesyłkom i historiom ich adresatów Muzeum PRL poświęciło niedawno otwartą wystawę „Paczka z Ameryki”.
Tatko wziął ją za rękę i powiedział: Chodź, dziecko. Pójdziemy mierzyć buty do pałacu. Pałac stał na wzgórzu w Krzeszowicach, a buty w rządku na jego frontowych schodach. Miały okrągłe noski, sznuróweczki do kostek, miękką skórkę. I pasowały. Mała Hania chodziła w nich długo, chociaż nie wiedziała, że to podarunek z UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration - Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy) i że wraz z bucikami do Polski przyszły dwa miliony ton innych towarów.
Zza oceanu słano samochody i lokomotywy, zboże i zwierzęta gospodarskie, leki i sprzęt medyczny, tekstylia i jedzenie - to ostatnie w 5-kilogramowych paczkach, które zostały Amerykanom z zapasów wojskowych.

Ciotka UNRRA na rowerze
Hania nie wiedziała wtedy, że Polacy mówią na tę organizację pieszczotliwie „ciocia UNRRA”, albo ze złością, rozwijając jej skrót jako „Urząd Niesprawiedliwego Rozdzielania Rzeczy Amerykańskich”. Że o smalcu z paczek krążyły plotki, że jest z małpiego tłuszczu i że powtarzano sobie wierszyk „Jedzie UNRRA na rowerze, marmoladę w kuble wiezie, a ludziska się radują, że se chlebek posmarują”. Do dzisiaj Hania pamięta jeszcze tylko jedno - smak czekolady. -Chyba wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak czekolada - mówi. Ta amerykańska, którą dostała razem z bucikami, była zapakowana w puszkę z napisem „otworzyć tylko w przypadku braku innych racji żywnościowych”.

Dzisiaj Hanna Zarycka ma 73 lata, a ta puszka po czekoladzie nadal jej towarzyszy. Kiedyś tatko trzymał w niej struny do skrzypiec, dzisiaj ona przechowuje w niej zagraniczne monety i pokazuje wnukom, mówiąc: patrzcie, to kawał historii.

Enfant terrible we francuskich butach

Ostatnia pomoc z UNRRY dotarła do Polski pod koniec 1946 roku. Na jej kontynuowanie nie zgodziły się komunistyczne władze, traktujące amerykańskie wsparcie jako formę ingerencji w suwerenność Polski Ludowej. Jednak równolegle do paczek UNRRA, a także potem, przez cały okres PRL, do kraju płynęła pomoc prywatna, przysyłana przez tych, którym udało się wyemigrować. Te dary dziś wspomina się z największym rozrzewnieniem. Wprawdzie nie pomagały odbudować kraju, ale były kawałkami wolnego świata, symbolem lepszego życia.

- Zagraniczne ubranka były bardzo przyzwoite - opowiada Dorota Strojnowska. - Ładne i uszyte z porządnych materiałów. Na przykład takie dziecięce ubranko jej męża - kaftanik z trójką marynarzy wyhaftowanych na kołnierzyku. Przyszło w paczce od wujka z Brazylii, w 1955 roku, a przetrwało do dzisiaj. Prezentuje się tak dobrze, że Dorota przekazała je na wystawę do Muzeum PRL-u. Wytrzymałe okazały się też skórzane trzewiki syna, prezent od koleżanki z Francji, które maluch wrzucił kiedyś do pralki razem z pieluchami. Przetrwały - i buty, i pieluchy. Nie wiadomo, która z tych rzeczy miała większą wartość, bo i jedną, i drugą w Polsce lat 80. trudno było zdobyć. - Na pieluchy obowiązywał przydział - 20 sztuk na dziecko. Taką ilość zużywało się w jeden dzień, a jeśli nie zdążyły wyschnąć - kaplica. Tetra z zagranicy była jak wybawienie - opowiada. - W czasach, kiedy w Polsce były tylko karykaturalne, rozciągające się śpiochy z koszmarnej bawełny, moje dzieci dostały na przykład podkoszulek na szelkach, z napisem „enfant terrible”, sukienkę w kwiatki z białym kołnierzykiem, piżamkę ze stopkami, jeansy i kraciastą koszulę, rzeczy, o których większości Polaków nawet się nie śniło!

Czasem przysyłane z zagranicy dary trafiały do drugiego obiegu - do komisów i na targi. - Kiedyś, likwidując mieszkanie przyjaciółki, znalazłam cały spis rzeczy wraz z cenami. Ta kobieta była wdową, dostawała paczki z zagranicy nie dla siebie, ale właśnie na handel - opowiada. - Tak pomagano na przykład wdowom po oficerach katyńskich. One nigdy nie otrzymały aktów zgonu małżonków, więc nie mogły ubiegać się o renty czy emerytury. Handel tymi zagranicznymi skarbami po prostu je ratował.

Okno na zachód, okno na Polskę

Barbara Szura, która paczki otrzymywała jako dziecko w latach 70. i 80., wspomina je nie tylko jako atrakcję, ale też jako sposób na utrzymanie kontaktów z rodziną. Paczki słały do niej dwie ciotki z Ameryki. Jedna z nich nie znała nawet polskiego, korespondencję tłumaczyła dwujęzyczna znajoma, mieszkająca w Stanach.

Paczki z zagranicy zwykle zapowiadały listy ze spisem prezentów - tak na wszelki wypadek, żeby bliscy wiedzieli, gdyby na granicy coś zginęło. Czasem wystarczyło napisać kilka słów: „Posyłam kawę i słodycze, będą na święta”. W ten sposób zabezpieczało się wiele rodzin, bo ludzie mówili, że z zagranicznych paczek, oznaczanych przez pocztę literą „K”, znikają pieniądze, książki, ubrania. Czasem nic nie ginęło, ale przesyłka docierała poniszczona, z rozlanymi wewnątrz kosmetykami, rozsypaną kawą, pociętymi ubraniami. W ten sposób, przez czyjąś złośliwość, oczekiwana tygodniami paczka stawała się śmieciem. A jak wspomina Barbara, czekanie na paczkę było lepsze niż czekanie na Świętego Mikołaja.

Kiedy przesyłka dotarła już do Polski, trzeba było przywieźć ją z poczty. Na przykład na sankach, tak jak zimą robiła mama Barbary. I broń Boże nie otwierać bez babki. Paczki były adresowane do niej, a kto babkę znał, ten wiedział, co spotka tego, kto dotknie jej rzeczy bez pytania. Był rok, w którym na Gwiazdkę przyszło pięć paczek. Dziadek ustawił je rządkiem koło pieca i pilnował. W tym tej jednej, urodzinowej, adresowanej tylko do Barbary. - Byłam taka ciekawa, że wydrapałam dziurę w kartonie, ale nie otworzyłam. Respekt przed babką był silniejszy - opowiada.

Kiedy wreszcie babka się pojawiała, można było zacząć otwieranie. Przychodzili: prababcia, dziadek, kuzyn, rodzice, mama, brat. W dużej paczce były małe paczuszki i lista - co dla kogo.

- Dla nas dzieci - zabawki, gumy do żucia i czekolady. Nie dzieliłam się z nikim, ile mogłam, zjadałam od razu, a resztę chowałam tak skrzętnie, że czasem znajdowała je dopiero mama podczas wielkanocnych porządków - wspomina Barbara. - Kiedyś ciotka dorzuciła do paczki torby-reklamówki z halloweenowym nadrukiem. Nosiłam je jako worki na pantofle. Dla mamy była kawa i ubrania. Czasem za duże, czasem nietwarzowe, ale ona miała taki krawiecki dryg, że wszystko przeszywała. Pamiętam kostiumik, który zrobiła sobie ze szlafroka. Dla babci - rodzynki, trzymane do świątecznego sernika. I dla dziadka numery „Time’a”. Nie znaliśmy angielskiego, więc mogliśmy najwyżej oglądać zamieszczone w nim zdjęcia. Pamiętam, że drukowano tam fotografie ze strajków w Stoczni Gdańskiej i Nowej Hucie, kadry ze stanu wojennego. Ale nas, dzieci, bardziej ciekawiły reklamy papierosów i kosmetyków - kolorowe, zajmujące całą stronę. Kiedy dzisiaj o tym pomyślę, to z tej Ameryki przychodziło mnóstwo głupot, istny sklep „wszystko za cztery złote”, ale dla mnie te drobiazgi mają sentymentalną wartość, część z nich przekazałam na wystawę.

Dajcie nam adresy, będziemy słać paczki

Wiesława Ciesielska, nie potrzebowała „Time’a”, żeby wiedzieć, co się dzieje w Nowej Hucie. O wydarzeniach w kombinacie opowiadał jej mąż, który tam pracował. Opowieści urwały się, kiedy zaczął się ukrywać zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego. Kiedy zniknął, SB zabrało Wiesławie przydziałowe mieszkanie. Zmienili zamki i powiedzieli, że nowe klucze dadzą, kiedy mąż się znajdzie. Została z córką sama, na cały stan wojenny - w starym mieszkaniu, które zajmowała wraz z trzema innymi rodzinami, z rzeczami popakowanymi do wyprowadzki. I kołaczącymi się po głowie informacjami z telewizji, że za Solidarność grozi kara śmierci. Dzięki paczkom, jakie dostawała wtedy w ramach pomocy dla rodzin działaczy opozycji, czuła się mniej osamotniona. - Dla mnie w zrzutach, bo tak w latach 80. mówiło się na zagraniczne paczki, najważniejsze było to, że w ogóle przychodziły - mówi Wiesława. - To poczucie, że ktoś, setki kilometrów dalej, w wolnej Europie, o nas myśli, było warte więcej niż czekolada i pomarańcze.

Pomoc w latach 80. znowu nabrała masowego, często zinstytucjonalizowanego charakteru. O wsparcie dla Polaków zaapelowali wtedy światowi przywódcy, z Margaret Thatcher i Helmutem Schmidtem na czele. Ronald Reagan ogłosił 31 stycznia 1982 roku dniem solidarności z Polakami. Dary zbierały organizacje takie jak Loire-Vistule czy Kirche im Nott , ale też pojedynczy ludzie, którzy przychodzili do kościołów i mówili: dajcie adresy, będziemy słali Polakom paczki. W ciągu kilkunastu miesięcy stanu wojennego z samej RFN przysłano 30 milionów paczek o wartości ponad miliona marek. Było w nich wszystko: od żywności, przez leki - bezcenne, bo służba zdrowia w stanie wojennym była w fatalnej kondycji, po kalosze dla rolników.

Były też dary „podziemne”. - W tirach z żywnością przychodziły głównie materiały poligraficzne: powielacze, matryce, części zamienne, ale też aparaty fotograficzne i kamery - opowiada Marta Szostkiewicz, żona dawnego działacza Solidarności. - Przysyłano też zakazane przez cenzurę gazety. Kiedyś z puszkach z napisem „sałatka jarzynowa” dostałam zapakowane w woreczki, miniaturowe egzemplarze „Kultury Paryskiej”. To były rzeczy, która realnie pomogły nam wywalczyć wolność.

Pewien pan z Norwegii otrzymał w kościele adres Wiesławy. - Do dziś nie mam pojęcia, kim był ten człowiek. Przysyłał głównie rzeczy dla córki. Pamiętam kredki i olbrzymią malowankę, pluszaki, jakieś cukierki, owoce. Dobrze było patrzeć na jej radość - opowiada.

Wiesława nigdy do Norwega nie napisała. Zamiast tego z mężem sama zaczęła przygotowywać „zrzuty”. Regularnie jeżdżą do sklepów i kupują mąkę, olej, makaron - najpotrzebniejszą żywność o długiej trwałości. Pakują ją do paczek i wysyłają. Ostatnio na Ukrainę. - Tylko tak możemy się odwdzięczyć za pomoc, którą kiedyś ktoś nam okazał - mówi Wiesława. - Pomoc jest jak łańcuch, który łączy ludzi, nie wolno go przerywać.

UNRRA została utworzona w 1943 roku z inicjatywy USA, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Chin. Funkcjonowała do 1947, kiedy to została przekształcona w Międzynarodową Organizację ds. Uchodźców. Głównymi odbiorcami jej pomocy była Polska i Chiny. Do 1946 roku UNRRA przesłała do Polski pomoc o łącznej wartości 478 milionów dolarów.

Pomoc dla działaczy „Solidarności” i ich rodzin rozdzielana była głównie za pośrednictwem Kościoła. W prawie wszystkich archidiecezjach działały komitety charytatywne, np. w Krakowie Arcybiskupi Komitetem Pomocy Więzionym i Internowanym. Organizacje te zajmowały się nie tyko udzielaniem rodzinom wsparcia materialnego, ale również m.in. pomocą prawną i organizacją wyjazdów dla dzieci.

Wystawę „Paczka z Ameryki”, na której prezentowane są dary z Zachodu otrzymywane przez Polaków, można oglądać w Muzeum PRL (os. Centrum E 1) w Krakowie. Wystawa jest czynna od wtorku do niedzieli, w godz. 10-17. Towarzyszy jej cykl debat „Za żelazną czy niedomkniętą kurtyną”.




WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 9

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo