Rodzina Irka wierzy w cuda. Modlą się, by to draństwo już...

Rodzina Irka wierzy w cuda. Modlą się, by to draństwo już nie odrosło

Barbara Rotter-Stankiewicz

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Rodzina Irka wierzy w cuda. Modlą się, by to draństwo już nie odrosło
Glejak IV stopnia. Wie pan, jakie są rokowania… Sam pan powiedział, że pół roku - lekarz poinformował uprzejmie Irka, choć on sam przecież nie wspominał o żadnych terminach. Bo i skąd mógłby je znać? Po wyjściu z gabinetu odezwał się tylko do żony. - Ale mnie trzepnęło
Rodzina Irka wierzy w cuda. Modlą się, by to draństwo już nie odrosło
Zaczęło się w lutym od drobnych problemów z mową. Potem były rutynowe badania, specjalistyczne i diagnoza: guz mózgu. Czekanie. Na operację, która potwierdziła najgorsze przypuszczenie: glejak IV stopnia. Wcześniej i potem też było czekanie - na lekarskie wizyty, konsultacje. Codziennie nowe gabinety, nowi specjaliści, czasem dwóch. W Krakowie, Warszawie, Gliwicach, Wrocławiu. Musieli podjąć decyzję co do dalszego leczenia, a tego nikt nie ułatwiał.
Jeden lekarz mówił wręcz, że pacjent ma przed sobą mało czasu, drugi twierdził, że podjęcie leczenia po operacji będzie zagrożeniem i Irek straci mowę. Powiedział wtedy: to nie będę się leczył. Nie widzę - a teraz mam jeszcze nie mówić?

Bo Irek nie widzi od ponad 30 lat. Był 12-letnim chłopakiem, gdy miał wypadek, jadąc na motorynce. Stracił wzrok. Nie poddał się - z rodzinnego Knurowa przyjechał do Krakowa. W Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci dla Niewidomych przy ul. Tynieckiej skończył szkołę, nauczył się na nowo żyć, a raczej dostosować do zmienionych warunków. Zdobył dwa zawody - stroiciela instrumentów muzycznych i masażysty. Nie miał zamiaru na tym poprzestać. Chciał studiować, zostać magistrem fizjoterapii. W Krakowie się nie dało, wyjechał więc do Wrocławia. Skończył studia i od wielu lat pracuje w Krakowskim Centrum Rehabilitacji i Ortopedii przy ul. Modrzewiowej. Przyjmował też prywatnych pacjentów. Wyszedł na prostą. Pomagał innym.

Od kilku lat Ireneusz Sawczak z żoną i trójką dzieci mieszka na osiedlu w Mydlnikach. Maria, prawniczka, pracuje w Sądzie Rejonowym dla Krakowa-Śródmieścia. Najstarszy syn Kacper, skończył właśnie drugą klasę gimnazjum, Magda - piątą podstawówki, a Michałek -pierwszą. Każde z nich ma inne usposobienie i temperament. Rozważny Kacper pasjonuje się techniką i samolotami, Magda to artystyczna dusza, a Misiek - zapalony kibic piłki nożnej. Uczą się znakomicie, w domu też potrafią wszystko zrobić. Tę samodzielność wymusiła sytuacja - czasem tata z przyczyn „technicznych” nie może czegoś zrobić, a mama - mimo niespożytej energii - nie daje już rady.

To fantastyczne dzieciaki, bardzo dzielne, zdają sobie sprawę z tego, że tata jest bardzo chory. Po operacji guza mózgu wrócił na kilka dni do domu. - To tak długo tatuś z nami nie pobył… - ze smutkiem zauważył Misiek. Kilka tygodni temu wszyscy, także z Irkiem, spotkali się na mszy zamówionej przez przyjaciół - dorośli i dzieci modlili się o zdrowie dla Irka i światło dla lekarzy…

- Irek jest w Centrum Onkologii w Gliwicach już ponad dwa tygodnie. Będzie jeszcze miesiąc. Niecierpliwi się, że na tak długo jest odcięty od domu, ale w miarę dobrze znosi radio- i chemioterapię. Potem zobaczymy - opowiada Marysia. - Mamy nadzieję, że to draństwo nie odrośnie…

W każdy weekend wszyscy jadą do Gliwic. Na szczęście klinika wygląda jak sanatorium - w ogrodzie dużo zieleni, drzew. - Zabiorę Michałkowi hulajnogę - będzie jeszcze mniej szpitalnie. Tam całe rodziny biwakują godzinami na trawie. Pacjentów poznać tylko po opaskach na głowie… Jak będę kiedyś miała dużo pieniędzy, to zafunduję tam więcej ławek. Wygodnych - obiecuje Marysia.

Na razie jednak o fundowaniu nie ma mowy. To oni potrzebują pomocy. - Oczywiście, że dzieci nie są głodne, chodzą dalej na zajęcia, na które chodziły, wystarcza nam na bieżące opłaty. Na razie Irek dostaje chorobowe, chociaż przypuszczam, że do pracy już nie wróci. Jest też moja pensja. Ale leczenie jest niesłychanie drogie, a meandry jego refundacji przez NFZ dla zwykłego człowieka - absurdalne - tłumaczy Maria.

Bez wgłębiania się w szczegóły: protonoterapia, której mógłby być poddany Irek w Centrum Cyklotronowym Bronowice, jest dla niego nieosiągalna. Prywatnie nie można jej finansować, a NFZ nie refunduje leczenia u pacjentów z glejakiem III i IV stopnia.

Jest jedna teoretyczna szansa - takie samo działanie w Monachium, za które można zapłacić z własnej kieszeni. Ile? 28 tys. euro, a to kwota całkowicie poza zasięgiem rodziny państwa Sawczaków - gdyby można było leczyć się prywatnie w Krakowie, byłoby znacznie taniej.

- Niezbędne suplementy diety już teraz kosztują miesięcznie ponad 3,5 tysiąca złotych. Trzy zastrzyki, każdy po 1200 zł - wylicza Marysia. - A to tylko część naszych wydatków.

Rodzina pomaga, na ile może, chociaż zdrowie rodziców Marysi ostatnio się posypało i nie mogą już tak jak dawniej w awaryjnych sytuacjach zajmować się wnukami. Ale są znajomi, sąsiedzi, przyjaciele, koledzy, którzy wspomagają ich jak mogą:- Nie jest łatwo, ale bez nich nie dałabym rady. To takie wzruszające, jak w pracy koleżanki mnie pytają, czy jadłam śniadanie, kolega przynosi koktajl, a koleżanka codziennie drożdżówkę, sąsiadka przychodzi z obiadem. W razie potrzeby zawsze mam gdzie zostawić Michałka. W sobotę na Dniach Mydlnik pierwsza piosenka była zadedykowana Irkowi. I życzenia na banerze… Rozdawano też ulotki „Nadziei”, która prowadzi dla Irka rachunek bankowy.

Piotr Stefański, szef Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Dzieci Niewidomych i Słabowidzących „Nadzieja”, mówi o Irku „moje dziecko” - przez 4 lata był jego wychowawcą na Tynieckiej. - O sytuacji dowiedziałem się od byłej uczennicy Ani Pilarskiej i tak ruszyła m.in. zbiórka na leczenie Irka. Każdy dokłada swoją cegiełkę, załatwia, co potrafi, a my to koordynujemy. To, że Irek znalazł się w takiej sytuacji, jest bardzo przykre, ale cieszę się, że możemy chociaż trochę pomóc. Na konto wpłynęło już 4,5 tys. zł, każda złotówka trafi do Irka. Pieniądze przekazali absolwenci, przyjaciele, nauczyciele. Taka solidarność cieszy - nie kryje pan Piotr.

- Pomagają nam ludzie, których zupełnie nie znam. Dostaję np. od znajomego namiary na osobę, która miała podobny problem. Telefonuję i ten ktoś traktuje mnie od razu jak przyjaciela. Obcy ludzie radzą, załatwiają, organizują i robią to w stu procentach bezinteresownie. Nie przypuszczałam, że tyle jest dobra wokół… A teraz jeszcze ten koncert…- Marysia nie kryje wzruszenia.

Duszą organizacji koncertu charytatywnego jest Anita Michalik. Dlaczego tak się angażuje - ona i wszyscy dookoła? - Mieszkamy obok, przyjaźnimy się, nasze dzieci chodzą do tej samej szkoły. Dosięgnął ich straszny cios - podkreśla. - Wiem, że taka choroba potrafi znokautować, ale jeśli jest chociaż cień szansy, trzeba walczyć. Irek jest osobą wyjątkową - nigdy nie użalał się nad sobą, nie dawał się życiu zapędzić w kozi róg, zepchnąć na boczny tor. W naturalny sposób emanował pozytywnym myśleniem - cała rodzina jest zresztą taka. Wszyscy chcemy im teraz pomóc.

25 czerwca o godz. 19 w Domu Kultury w Mydlnikach z koncertem muzyki filmowej wystąpi Boba Jazz Band. Wstęp jest bezpłatny, ale celem imprezy jest zebranie pieniędzy na dalsze leczenie Irka. Koncert organizuje Stowarzyszenie „Nadzieja”, Dom Kultury bezpłatnie użyczył sali, wydrukował plakaty. Jeśli tylko znajdą się artyści, którzy zechcą tu znów wystąpić, mydlnicka placówka czeka na nich.

Pieniądze na leczenie Irka można wpłacać na konto: Stowarzyszenie Rodziców i Przyjaciół Dzieci Niewidzących i Słabowidzących Nadzieja, 30-319 Kraków, ul. Tyniecka 6.

Bank PKO SA, numer rachunku 15 1240 4461 1111 0000 4661 0607 z dopiskiem „Na leczenie Irka




WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 8

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, NaszeMiasto

Czytaj także

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo

    Gry On Line - Zagraj Reklama