Kulisy zamachu na Jana Pawła II

Kulisy zamachu na Jana Pawła II

Janusz Ślęzak

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

W zamieszaniu na placu św. Piotra włoskie służby popełniły mnóstwo błędów. Podobnie później, już w czasie śledztwa. Zabrakło ekspertyz balistycznych. Nie zbadano nawet kuli, która przeszyła ciało Jana Pawła II, a którą odnaleziono w papamobile, leżącą w kałuży krwi.
13 maja 1981 roku po południu, w uroczystość Matki Bożej Fatimskiej, papież wjechał otwartym autem terenowym na wypełniony wiernymi plac św. Piotra. W pobliżu Spiżowej Bramy schylił się, by wziąć na ręce dziewczynkę. Potem rozległ się huk...

Strzały padły z odległości trzech metrów. Zamachowiec trzymał dziewięciomilimetrowego browninga nad głową. Celował w klatkę piersiową Jana Pawła II. Twierdzi, że oddał dwa strzały. Gdy trzeci raz nacisnął spust, broń się zacięła.

Papież został trafiony w palec lewej ręki, prawy łokieć i brzuch. Ucierpiały też dwie turystki: Amerykanka niemieckiego pochodzenia Rose Hall (21 lat) i Amerykanka polskiego pochodzenia Ann Odre (58 lat).

Po 36 latach nie wiadomo nawet, o której godzinie padły strzały. O 17.21, 17.19 czy 17.17 - różne źródła podają różny czas. Ale to tylko jedna, w gruncie rzeczy nieistotna zagadka w całej tej sprawie.

Dwie kule. Czy to możliwe?

Turek Mehmet Ali Ağca, który pociągnął za spust browninga, jest jedyną osobą skazaną za próbę zabicia papieża. Miał wtedy 23 lata. Został złapany na gorącym uczynku przez zakonnicę, Letizię Giudici ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek w Genui. To jeden z niewielu pewników, który udało się ustalić włoskim śledczym.

Istnieją mocne poszlaki, że zamachowców było co najmniej dwóch i że padło więcej strzałów. Czy rzeczywiście zaledwie dwie kule mogły zranić aż trzy osoby? Wydaje się to niewiarygodne.

Tuż po zamachu, podczas wielkiego zamieszania włoskie służby zrobiły mnóstwo błędów. Podobnie później, już w czasie śledztwa. Zabrakło choćby profesjonalnych ekspertyz balistycznych. Nie zbadano nawet kuli, która przeszyła ciało papieża, a którą odnaleziono w papamobile, w kałuży krwi.

Nie sprawdzono zatem, czy została faktycznie wystrzelona z browninga, który miał Ağca. Zapewne tak było, ale jeśli przyjąć, że na placu był jeszcze drugi zamachowiec (najczęściej mówi się o innym Turku - Oralu Çeliku), to być może Jan Paweł II albo dwie amerykańskie turystki zostali trafieni nie tylko przez Ağcę? O dziwo, sam papież bardzo szybko polecił przekazać znalezioną kulę do sanktuarium w portugalskiej Fatimie. Koronny dowód umieszczono nomen omen w koronie figury Matki Boskiej i tym samym bezpowrotnie przepadł dla śledczych.

Mimo upadku bloku komunistycznego kluczowe dla tej sprawy dokumenty z archiwum KGB (jeśli jeszcze istnieją) nie zostały odtajnione. Przez 36 lat nauka poszła naprzód, rozwinęły się techniki kryminalistyczne, przeprowadzono setki przesłuchań, a w trakcie kilku wieloletnich śledztw postawiono dziesiątki hipotez, ale nie udało się ustalić niczego nowego. Ostatnie postępowanie prowadził prokurator Michał Skwara z katowickiego oddziału IPN. Umorzono je w 2014 r.

Sam Ağca, który we włoskich i tureckich więzieniach spędził 30 lat (obecnie jest na wolności) podał w sumie prawie 130 wersji przebiegu wydarzeń. Wygląda na to, że nikomu - łącznie z samym Janem Pawłem II - nie zależało na publicznym wyjaśnieniu tej sprawy. Zresztą gdy mowa o zamachu na papieża, często pada stwierdzenie, że w czasach żelaznej kurtyny i rywalizacji dwóch wyposażonych w atomowe arsenały bloków nikt nie chciał drugiego Sarajewa. Ale czy nawiązywanie do zabójstwa arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga, od którego zaczęła się I wojna światowa, nie jest zbyt wygodnym uproszczeniem?

Jan Paweł II nigdy nie został przesłuchany przez włoskich śledczych. Nie mieli takich możliwości. Zresztą do końca życia niechętnie i mało mówił o zamachu. 27 grudnia 1983 r. spotkał się z Ağcą w celi rzymskiego więzienia Rebibbia. Rozmawiali w cztery oczy przez około 20 minut. Czy papież poznał wtedy prawdę? Nigdy tego nie zdradził. Powiedział tylko: „Rozmawiałem z nim jak z bratem, któremu przebaczyłem i do którego mam zaufanie. To, o czym mówiliśmy, pozostanie tajemnicą między nim a mną”. Później, za każdym razem na pytania związane z zamachem miał tylko jedną odpowiedź: „Czyjaś ręka strzelała, ale inna ręka prowadziła kulę”.

Kalejdoskop sprzeczności

Paradoksalnie ta sprawa z jednej strony wydaje się wszechstronnie opisana, a z drugiej nadal nie ma twardych dowodów czy dokumentów, świadczących o tym, kto był prawdziwym mocodawcą Ağcy. W książce pt. „Zamach” dziennikarz Jacek Tacik postanowił zebrać w oryginalnej formie wszystkie dotychczasowe ustalenia. 10 maja nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się zbiór 25 rozmów z ludźmi mającymi wiedzę na temat wydarzeń z 13 maja 1981 r.

Trzyletnia praca reporterska, wiele tysięcy przebytych kilometrów i podróże po trzech kontynentach złożyły się na kompetentną opowieść o zamachu. Niby nic nowego: bułgarski ślad, moskiewska inspiracja, udział NRD-owskiej Stasi w zacieraniu śladów, a z drugiej strony zadziwiająca bierność zachodnich służb specjalnych, indolencja włoskich organów ścigania i papieski brak zainteresowania śledztwem. O tym wszystkim wiedzieliśmy już wcześniej, ale i tak rozmowy Tacika układają się w fascynującą całość.

Jednym z rozmówców jest Arturo Mari, słynny papieski fotograf. 13 maja 1981 r. był oczywiście na placu św. Piotra.

- Usłyszałem huk. Cztery strzały - mówi i dodaje, że zanim zajął się zawodowo fotografią, był instruktorem wojskowym. - Potrafię odróżnić strzał z pistoletu od broni startowej czy wybuchu petardy. Mam wyostrzony słuch. Padły cztery strzały, z czego dwa raniły Ojca Świętego.

Pamięć bywa zawodna, ale Mari nie jest jedyną osobą, która kwestionuje przyjętą przez włoski sąd wersję o dwóch strzałach i samotnym zamachowcu. Jeśli rzeczywiście browning Ağcy zaciął się przy trzecim strzale, a Mari i inni się nie mylą, oznacza to, że był przynajmniej jeszcze jeden zamachowiec, który także strzelał. Z drugiej strony siostra Letizia Giudici, która złapała Ağcę, twierdzi, że padły tylko dwa strzały.

Czy można wierzyć agentowi?

W książce zawarto sporo innych, sprzecznych z oficjalną wersją świadectw ludzi, którzy albo byli na placu św. Piotra, albo potem badali sprawę zamachu. Interesujące i mało znane hipotezy wyłaniają się z rozmowy z Edwardem Kotowskim, byłym oficerem wywiadu PRL w Rzymie, o kryptonimie Pietro. Oficjalnie był on oczywiście dyplomatą, pracującym w namiastce polskiej ambasady przy Watykanie, bo oficjalnych stosunków dyplomatycznych wtedy nie było. Konkordat został zawarty dopiero w 1993 r.

Kotowski opowiada o 25-letniej Basi, którą poznał w Rzymie w kwietniu 1981 r. Miał ją przyprowadzić ks. Kazimierz Przydatek, dyrektor Domu Pielgrzyma i Ośrodka „Corda Cordi”. Basia przyjechała na pielgrzymkę, odłączyła się od grupy i została w Rzymie. Wkrótce stała się pomocniczką polskich duchownych, zajmujących się pielgrzymami.

Basi, która w myśl przepisów PRL nielegalnie została w Rzymie, kończyła się ważność paszportu, tymczasem planowała wyjazd na Cypr. Ks. Przydatek postanowił jej pomóc i tak trafili do Kotowskiego, formalnie polskiego dyplomaty. Były agent wywiadu twierdzi, że Basia opowiedziała mu o miłości swego życia - „tureckim lekarzu”, którego poznała w Rzymie. Planowali ślub, mieli wyjechać do jego rodziny, do tureckiej części Nikozji. Przyszły mąż był wyjątkowo zainteresowany Janem Pawłem II. Od miesiąca, razem z tureckimi przyjaciółmi, uczestniczył we wszystkich audiencjach generalnych i publicznych spotkaniach papieża, a Basia była jego przewodniczką.

Po paszport nigdy się nie zgłosiła. - Kilka dni później doszło do zamachu. Skojarzyłem fakty - opowiada Kotowski. - Kobieta została prawdopodobnie wykorzystana przez „tureckiego lekarza” i jego kompanów do rozpoznania terenu. Sami nie weszliby na plac św. Piotra bez wzbudzania podejrzeń, a tak - z przewodniczką - wtopili się w tłum.

Ile w tym prawdy? Pewnie się nie dowiemy. Zwłaszcza że Kotowski nigdy nie poinformował włoskich śledczych o swoich podejrzeniach. Twierdzi natomiast, że sześć lat temu przypadkiem dowiedział się, iż zaraz po zamachu na Jana Pawła II Basia zrezygnowała z wyjazdu na Cypr. Podobno wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek w Rzymie.

Gdzie jest Wałęsa?

Kotowski i kilku innych rozmówców Tacika potwierdza, że zamach na papieża łączy się z dwoma innymi wątkami kryminalnymi - planowanym zamachem na Lecha Wałęsę i porwaniem Emanueli Orlandi.

Delegacja Solidarności przyjechała do Rzymu na zaproszenie włoskich związków zawodowych w styczniu 1981 r. Włoskie centrale związkowe były wówczas zinfiltrowane przez komunistyczne służby. Działacze brali pieniądze od komunistycznych agentów i zdradzali im poufne informacje. Pewnego wieczoru, po odbyciu wszystkich zaplanowanych spotkań, część osób z delegacji Solidarności wybrała się na nocne zwiedzanie Rzymu. Niedaleko słynnej fontanny di Trevi Polacy zostali otoczeni przez grupę uzbrojonych mężczyzn. Ktoś krzyknął: „Gdzie jest Wałęsa?!”. Ale Wałęsy nie było. W ostatniej chwili zrezygnował ze spaceru i został w hotelu.

- Byłem bardzo zmęczony. Dużo tych spotkań było. Poza tym czułem, że coś było nie tak - wspomina w rozmowie z Tacikiem. - Jak dzisiaj z perspektywy popatrzymy na tamte zdarzenia, to rzeczywiście to był palec boży, że przeżyłem.

Porwanie Emanueli

Ercole Orlandi pracował w Prefekturze Domu Papieskiego. W przeciwieństwie do innych, wyżej postawionych świeckich pracowników Watykanu, do niego nie dotarły ostrzeżenia tajnych służb o niebezpieczeństwie. I tak córka Orlandiego - Emanuela - została porwana 22 czerwca 1983 r. Do dziś nie wiadomo, kto w biały dzień uprowadził w Rzymie piętnastolatkę.

Kilka dni po zniknięciu dziewczyny zapanował zupełny chaos w tej sprawie. Do porwania przyznawały się kolejne grupy przestępcze i organizacje terrorystyczne. Ktoś dzwonił do domu Orlandich i domagał się uwolnienia Ağcy. Ktoś inny kierował trop na bank watykański, który miał być winny pieniądze włoskiej mafii. Wygląda na to, że Stasi musiała maczać palce w tej dezinformacyjnej operacji.

Po ponad 30 latach nadal nie wiadomo, co się stało z Emanuelą. Czy przeżyła? I jaki jej porwanie miało właściwie związek z papieżem lub watykańskimi dostojnikami. Musiało mieć istotny, bo trzy dni przed spotkaniem z Ağcą w więziennej celi Jan Paweł II odwiedził pogrążoną w rozpaczy rodzinę Orlandich, a kilka miesięcy wcześniej, podczas modlitwy Anioł Pański, apelował publicznie do porywaczy nastolatki.

Na podstawie książki Tacika można wysnuć kilka hipotez. W pewnym uproszczeniu porwanie Emanueli to mógł być sygnał dla Watykanu, by nie angażował się w kolejne śledztwa po zamachu na papieża, co mogłoby też tłumaczyć zastanawiającą powściągliwość w tej sprawie samego Jana Pawła II. Albo było to przesłanie dla samego Ağcy? A może dla ludzi z włoskiego wymiaru sprawiedliwości, usiłujących znaleźć mocodawców Turka?

Brat Emanueli - Pietro Orlandi - z którym rozmawiał Tacik, ma własną teorię na temat zniknięcia siostry. Uważa, że Watykan wciąż ukrywa prawdę. Co roku protestuje więc na placu Piusa XII, tuż przed placem św. Piotra, na granicy dwóch państw: Włoch i Watykanu. Rozwiesza transparenty: „Prawda dla Emanueli”, „Zburzmy mur zmowy milczenia”, który jego zdaniem postawił Kościół.

Biskup w bieli

Zamach na Jana Pawła II od początku łączony jest z przepowiednią fatimską. Sam papież był przekonany o takim związku. Jeszcze w poliklinice Gemelli przestudiował treść trzeciej tajemnicy fatimskiej. Na jego polecenie kopertę z zapisanym tekstem wydobyto z sejfu w Watykanie i przywieziono do szpitala.

Rok po zamachu, w maju 1982 r., Jan Paweł II pojechał do Fatimy. Jutro przypada setna rocznica pierwszego objawienia w tej portugalskiej miejscowości. 13 maja 1917 r. w dolinie Cova da Iria trójka pastuszków - Łucja, Hiacynta i Franciszek - ujrzała Matkę Boską, która przekazała przesłanie dla świata pogrążonego od prawie trzech lat w wielkim światowym konflikcie zbrojnym. Potem przyszły kolejne objawienia. Ostanie - szóste - 13 października 1917 r. Dziś bez trudu odnajdziemy w nich m.in. zapowiedź bolszewickiej rewolucji w Rosji i komunistycznej ekspansji na świecie.

O Fatimie Tacik rozmawiał z kard. José Saraivą Martinsem, Portugalczykiem, przyjacielem siostry Łucji - jednej z trojga pastuszków. Swoją watykańską karierę duchowny ten zawdzięcza Janowi Pawłowi II. To polski papież wręczył Martinsowi nominację biskupią, a potem kardynalski kapelusz i mianował go prefektem Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

Trzecia tajemnica fatimska mówi m.in. o „śmierci biskupa odzianego w biel”. W tej wizji wszyscy doszukują się zapowiedzi zamachu na papieża (biskupa Rzymu ubranego w białą szatę). Ale trzecia tajemnica może też być wizją końca świata, nuklearnej zagłady albo końca Kościoła katolickiego. Tylko czy można ją odczytywać w tak dosłowny sposób? A poza tym Jan Paweł II przeżył zamach.

Według śledczych na placu św. Piotra padły dwa strzały. A zamachowiec był tylko jeden - Ali Ağca

***

Książka Jacka Tacika zaczyna się od mocnego uderzenia, bo pierwszym z jego rozmówców jest Mehmet Ali Ağca, czyli zamachowiec z placu św. Piotra. Nasze oczekiwania sięgają zenitu i cóż można rzec... Będą Państwo rozczarowani, ale nie należy się zrażać, bo potem jest tylko coraz lepiej i ciekawiej. Autor rozmawiał o zamachu m.in. z trzema włoskimi śledczymi.

Jacek Tacik, „Zamach. Jan Paweł II - 13 maja 1981. Spisek. Śledztwo. Spowiedź”, Wydawnictwo Literackie, 2017

ZOBACZ RÓWNIEŻ:Dlaczego warto dbać o środowisko?

Źródło:Dzień Dobry TVN, x-news




Czytaj także

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo