Dziennik Polski - Wiadomości Kraków, Informacje Kraków | Dziennik Polski

Jonasz Kofta - jaki był?

Jonasz Kofta - jaki był?

1/2

(© Fot. Wikipedia)

Jonasz Kofta (z lewej) i Stefan Friedmann, czyli radiowe dialogi na cztery nogi ,,Fachowców”
Wspomnienie. Erudyta jak dzisiejsze internetowe Google, pięknie pisał i pięknie umiał kojarzyć. I niesamowita była rozpiętość jego twórczości - mówi Stefan Friedmann, z którym poeta stworzył „Dialogi na cztery nogi” i „Fachowców”.
Jonasz Kofta żył raptem 46 lat, ale wystarczyło, by stał się jednym z najwybitniejszych poetów piosenki - obok Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego. Twórca Kabaretu Starszych Panów Jeremi Przybora zaliczył ich do „trójcy wieszczów polskiej piosenki”, dzięki którym powojenna Polska stała się „imperium piosenki na najwyższym poziomie”.

To Kofta ofiarował nam tak niezapomniane piosenki, jak: „Jej portret”, „Pamiętajcie o ogrodach”, „Kwiat jednej nocy”, „Wakacje z blondyn- ką”, „Samba przed rozstaniem” - za które wiele razy był nagradzany na opolskim festiwalu.
To on był współtwórcą i jednym z filarów Kabaretu Pod Egidą, a także, w duecie ze Stefanem Friedmannem, autorem i wykonawcą rozsławionych na antenie radiowej Trójki skeczy „Dialogi na cztery nogi” i „Fachowcy”.

Fachowcy z Hybryd

Karierę zaczął jako student ASP na początku lat sześćdziesiątych w warszawskim kabarecie „Hybrydy”, w którym działali też Młynarski, Jan Pietrzak i właśnie Friedmann.

- Bardzo szybko zespoliliśmy z Jonaszem nasze umiejętności. Ja podziwiałem jego poetycką umiejętność komentowania świata, on zazdrościł mi moich kretyńskich żartów, z czego byłem dumny - wspomina Stefan Friedmann. Efekt ich współpracy Polska usłyszała na antenie Ilustrowanego Tygodnika Rozrywkowego w radiowej „Trójce” - były to „Dialogi na cztery nogi”.

Jak opowiada Friedmann, zaczęło się od zwariowanej rozmowy na spacerze. „A jakbyśmy pisali takie filozoficzno-idiotyczne gaduły…” - rzucił Kofta. I pisali. „Kiedy z Friedmannem układali te dialogi, to ryczeli tak, że ściany się trzęsły” - mówiła po latach żona Jonasza - Jaga, która te teksty przepisywała na maszynie. Oczywiście, każdy z nich coś wcześniej przygotowywał, by zaskoczyć drugiego. A obaj mieli smykałkę do puent, ripost, kalamburów.

Kofta wysłuchał niegdyś w Piwnicy pod Baranami monologu jakiegoś artysty o kochance, która szczególną namiętnością darzyła jego szyję, a na imię miała Gilotyna. Pytany przez Piotra Skrzyneckiego o wrażenia, odparł: „Wiesz Piotrze, mnie się gilotyna zawsze kojarzy z żelatyną. Bo zarówno jedna, jak i druga ścina. A w efekcie zawsze mamy zimne nóżki”.

Te abstrakcyjne, surrealistyczne dialogi podbiły słuchaczy natychmiast.

- Czy nie uważasz, że ten deszcz koresponduje z jesienią?

- W każdym razie nie koliduje.

- O, tu się z tobą nie zgodzę.

- To przejdźmy tam.

Stworzyli też „Fachowców”. Majster (Friedmann) - „fachowiec socjalistyczny”, prosty i niewykształcony robotnik, będący kierowniczą siłą oraz Docent (Kofta), wykształcony humanista jako podwładny, który często słyszał „Nie teoryzuj, Docent”, idealnie komentowali paranoję i paradoksy tamtego czasu. Ich pojawienie się na antenie poprzedzała piosenka: „Czy to sens ma /kląć, że ten świat /z kiepskiego zrobiony surowca? /Bo dobry Bóg /już zrobił, co mógł, /teraz trzeba zawołać fachowca!”. „Fachowcy” ukazali się w książce, powstały z tego sztuka i musical.

- Jonasz był niesamowicie sprawny. Gdy powstawał musical, mówiłem: „Jonasz, tu by się przydała taka a taka piosenka” i on za pół godziny oddawał znakomity tekst - wspomina Stefan Friedmann. Jak mówi, Kofta mógł pisać na serwetkach w kawiarnianym gwarze i szumie, z sykiem ekspresu w tle. Miał niesamowitą łatwość pisania. I takąż wiedzę.

Był niczym Google

Kofta był ogromnym erudytą, co zawdzięczał znakomitej pamięci; potrafił przeczytać stronę tekstu, odłożyć ją i w trzech czwartych wypowiedzieć tekst z pamięci… - On był takim omnibusem, naszym ówczesnym internetem - Googlami. Nie wiedzieliśmy, pytaliśmy i czy to był wyraz centryfuga, czy jakiś termin filozoficzny, Jonasz odpowiadał. Mówił wprawdzie: „I po cholerę zaprzątam sobie umysł takimi rzeczami, śmietnikiem, który do niczego mi nie służy”, ale zarazem czuliśmy, że jest dumny z tego, iż wie więcej.

Bo też namiętnie czytał książki. Wszelakie - przeważnie od drugiej w nocy do siódmej rano, po czym spał do popołudnia. - A w piosence napisał „Jak dobrze wstać, skoro świt”. Świt to on widział, jak do domu wracał - śmieje się Friedmann.

Piosenek oraz wierszy napisał Kofta ok. 600, a wykonywali je najlepsi: Banaszak, Kraftówna, Majewska, Rodowicz, Bajor, Mec, Wodecki… I wszystkie miał w głowie, zatem nie dbał o ich zapis. „Jestem w stu procentach przekonana, że skatalogował sobie w mózgu wszystko, co napisał” - powie po latach Jaga Kofta, która po śmierci męża długo dokumentowała jego dorobek (wiersze i piosenki wydała w dwóch tomach oficyna Prószyński i S-ka).

- Żeby pisać tak pięknie piosenki, trzeba mieć słuch, trzeba tę piosenkę, jeszcze nie wiedząc, jaka powstanie do niej melodia, słyszeć. Jonasz zawsze słyszał, a później miał szczęcie do znakomitych kompozytorów - ocenia Friedmann.

Nie zawsze jednak tekst powstawał od razu. Piękna melodia zatytułowana przez Włodzimierza Nahornego „Jej portret” leżała u Kofty pół roku. Aż zwierzył się żonie, że nie ma pomysłu na tekst, bo nie zna dziewczyny, o której ma pisać. - „A czy ty cokolwiek wiesz o mnie? Jaka naprawdę jestem?” - miała odpowiedzieć żona. I to był początek piosenki - przypomniał po latach kompozytor.

W otoczeniu słuchaczy

Od czasu Hybryd Kofta sam również śpiewał. Napisał dla siebie tyle wspaniałych liryków - „Aniele - Stróżu mój”, „Gdzie ta bohema”… A czuł się na estradzie wspaniale. - Lubił to, lubił być otoczony słuchaczami. Potrzebował i szanował wielbicieli, dlatego zawsze otaczała go świta - wspomina Stefan Friedmann. - Jonasz lubił błyszczeć w towarzystwie, zwłaszcza, gdy była w nim ładna kobieta, wtedy improwizował, wymyślał na poczekaniu cudowne strofy… To była jego muza i gdy widział, że jest zachwycona, i on był zachwycony. Bardzo lubił być obiektem zainteresowania, ale też miał czym zainteresować.

Dlatego przygasł, gdy nowotwór odebrał mu możliwość aktywnego estradowego bycia.

Był Kofta, wspomina Friedmann, człowiekiem, łagodnym, nie konfliktowym. Co najwyżej śpiewającemu, słysząc, że nie bardzo mu to idzie, mówił: „Śpiewasz, jak balet Teatru Wielkiego”. - Ale potrafił też walczyć. Byłem świadkiem, jak wystąpił w obronie słabszego i dołożył silnemu facetowi. „Nawet nie wiedziałem, że umiem się bić” - powiedział zdziwiony.

Kofty nie ma od 28 lat. Bardzo go Panu brakuje? - pytam Stefana Friedmanna, który swą relację z Jonaszem określa mianem mocnej zażyłości koleżeńsko-rodzinnej, gdyż spotykali się rodzinnie, żony się lubiły, dzieci rodziły się w podobnym czasie…

- Od lat nie mam nikogo, z kim mógłbym występować. Jonasz tak pięknie pisał, tak pięknie umiał kojarzyć. I niesamowita była rozpiętość jego twórczości - od poważnych dramatów, jak „Wojna chłopska”, po fraszki pisane w latach 80. dla „Polityki”. Piękne piosenki, ale i proza, i musicale, które w tamtym czasie były w Polsce czymś nowym, zwłaszcza „Kompot”, mówiący o narkomanii. I w każdym gatunku dawał sobie znakomicie radę… Żałuję, że jest tak rzadko cytowany, prezentowany… - mówi Friedmann.

*****

Dziś wraz m.in. z Hanną Banaszak, Martą Honzatko, Anną Treter, Krzysztofem Kiljańskim, Andrzejem Poniedzielskim weźmie udział w poświęconym Kofcie koncercie, zorganizowanym w Operze Krakow- skiej w ramach Festiwalu Twórczości Korowód.

- Ja na scenie opery? Chyba mnie pokręciło - śmieje się warszawski aktor i satyryk. Urodzony w Krakowie, z którego wyjechał jako ośmiolatek, Cracovii kibicuje do dziś.

waclaw.krupinski@dziennik.krakow.pl
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się