Grupa CF98. Wytrwałość i wiara w to, co robisz, popłaca

Grupa CF98. Wytrwałość i wiara w to, co robisz, popłaca

Rozmawiał Paweł Gzyl

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Krakowska grupa CF98 działa już od 14 lat, grając melodyjny punk
1/2

Przejdź do
galerii zdjęć

©Fot. archiwum

Rozmowa z wokalistką, Karoliną Duszkiewicz i gitarzystą, Alkiem Domagalskim, z krakowskiej grupy CF98, o jej nowej płycie, „Story Makers”.
- Spotykamy się regularnie od 14 lat przy okazji każdej Waszej nowej płyty. W 2013 roku odniosłem wrażenie, że tracicie energię jako zespół i nie będzie już więcej okazji do rozmowy. A tu niespodzianka!

A.: Wtedy w zespole było ciężko. Serce podpowiadało nam, by dalej grać punk, ale wena szła bardziej w stronę rocka. Mieliśmy też kłopoty personalne i graliśmy mniej koncertów. To powodowało pewne rozgoryczenie.


K.: Były różne momenty. Raz Alek zastanawiał się czy nie odejść, kiedy indziej znowu ja. Wahały się więc losy zespołu. Bo zawsze chcieliśmy tworzyć wspólnie. CF98 to nigdy nie był tylko mój projekt czy tylko Alka. Działał wtedy, gdy tworzyli go przyjaciele.

- Kłopoty ze składem nękały Was chyba od zawsze.

K.: Czas weryfikuje ludzi, pokazując kto gra w zespole z pasji, kto dla mody lub zajawki, a kogo życiowe sprawy zmuszają do odejścia. W tej chwili z pierwszego składu pozostaliśmy ja i Alek. Ale z wszystkimi, którzy z nami grali, mamy dobry kontakt. Z nikim nie rozstaliśmy się trzaskając drzwiami czy dając sobie po żebrach. Te zmiany w składzie zawsze trochę demotywują, bo za każdym razem trzeba wszystko zaczynać od nowa. Bo tu nie chodzi tylko o umiejętności, podejście do życia i muzyki, ale też o charaktery. Trzeba zgrywać się od nowa. A to zajmuje trochę czasu.

- Mieliście w międzyczasie przygodę z mainstreamem: jako zespół próbowaliście swych sił w „Must Be The Music”, a Karolina sama – w „X Factorze”. Jak to wspominacie?

A.: To był kubeł zimnej wody. Przeszliśmy eliminacje – i czekaliśmy aż nas puszczą w telewizji, ale nie doszło do tego. Ostatecznie stwierdziliśmy, że dobrze się stało, bo jak na punkowy zespół, byłaby to dla raczej nas antyreklama. To był czas, kiedy mieliśmy menedżera i opłacone studio, wierzyliśmy, że dla takiej muzyki jest miejsce w mainstreamie. A tu się okazało, że jednak nie. To nas utemperowało.

K.: W „X-Factorze” dotarłam do finałowej dwunastki. Zobaczyłam zatem więcej, jak telewizja działa od wewnątrz. I uznałam, że to nie jest świat dla mnie. „Dlaczego nie jesteście widoczni? Dlaczego się nie podlizujecie?” – ciągle było coś nie tak. Niektórych w zespole to mocno zdemotywowało. Mnie to tylko umocniło i nauczyło pokory. Stwierdziłam: „Trudno, nie chcieli nas tam, więc robimy dalej to, co robimy dla siebie i dla tych, którzy nas polubili”.

- To był impuls do nagrania nowej płyty?

K.: Kiedy w 2015 roku odszedł od nas długoletni przyjaciel i perkusista, Michał Stabrawa, spotykaliśmy się na próbach towarzysko, żeby nie zapomnieć, że nadal gramy i że jeszcze „światło nie zostało zgaszone”. Ciężko było znaleźć nowych muzyków i zarazem kolegów do zespołu. Robiliśmy więc akustyczne numery, z których zazwyczaj płakaliśmy ze śmiechu. Dopiero w kwietniu 2016 roku, kiedy kapela W Kilku Słowach zagrała pożegnalny koncert, zaprosiliśmy jej byłego bębniarza do próbę. Potem mój Mateusz stwierdził, że też chce z nami grać. I wtedy wszystko zaczęło się układać. Zrobiliśmy nowy album. Może jednak wytrwałość i wiara w to, co robisz popłaca?

- Po przygodzie z rockiem, znów wróciliście na „Story Makers” do szybkiego i melodyjnego skate punka. Co się stało?

A.: Takiej muzyki słuchaliśmy za młodu w latach 90. I kiedy robiliśmy nowe piosenki, od razu założyliśmy, że wrócimy do tych inspiracji.

K.: Okazało się, że te utwory przychodzą nam w sposób naturalny i są nawet udane. (śmiech) Mało tego: poprawiła się atmosfera na próbach, co z kolei sprawiło, że jakość naszego życia stała się lepsza. Tak nam to działało pozytywnie na psychikę, że znowu graliśmy próby do północy. Bo nam się znowu chciało.

- Zaniechaliście jednak śpiewania po polsku, jak na dwóch poprzednich płytach. Dlaczego?

K.: Polskie teksty fajnie sprawdzają się na koncertach, bo wszyscy je śpiewają z nami. Ale wiem też jakim wyzwaniem jest napisać dobry tekst po polsku. Tym razem chciałam być pozbawiona takiego obciążenia psychicznego, pisać to co mi muzyka podpowie w głowie. Po angielsku wszystko brzmi melodyjnie, to mój drugi język od podstawówki, nawet pracuję w tym języku. Dlatego łatwiej wyrazić mi myśli po angielsku.

A.: Do tego przy płytach po polsku byliśmy rzadziej zapraszani za granicę na koncerty. A nie chcemy z tego rezygnować.

- Jak młoda publiczność słuchająca skate punka przyjmuje dziś CF98?

A.: Najczęściej reakcja jest jednak: „To wy jeszcze istniejecie?”

K.: Ale jest też szacunek, za który dziękujemy. Okazało się ostatnio, że dla wielu muzyków jesteśmy inspiracją: że można utrzymać przez 14 lat niezależną kapelę dzięki czystej pasji, nie mając z niej zbyt wiele pod względem finansowym.

A.: Pokazaliśmy, że potrzebujemy tego zespołu jak powietrza. Bo kiedy go brakowało, czuliśmy się jakby ktoś nam zabierał chęć do życia. Fajne tatuaże i ciuchy przemijają.

- Nie czujecie się trochę „ostatnimi Mohikanami” na pop- punkowej scenie w Polsce?

A.: W Krakowie – tak. Trudno znaleźć jakiś drugi zespół, aby zagrać z nim wspólny koncert. Zostały jeszcze Drown My Day, Dealer i Tripis, grają też młode dziewczyny z Brain’s All Gone. W skali kraju jest trochę lepiej.

- Waszym hymnem z nowej płyty może być piosenka „90s”. Ale trochę nie za wcześnie na nostalgię za młodością w Waszym przypadku?

K.: Dlaczego? To są lata, które nas ukształtowały. Ta piosenka to wspomnienie dziecięcych i nastoletnich lat: jak budowało się zamki z koca i krzeseł, jak miało się bałagan w głowie, jak wiedziało się wszystko, nie wiedząc nic. Towarzyszyła temu muzyka pop-punkowa, na którą był wtedy boom.

A.: Wielu z nas marzy za młodu, aby mieć swój zespół. Potem życie szybko to weryfikuje i zapomina się o nastoletnich ideałach. Nam udało się tym marzeniom pozostać wiernym.

- O tej Waszej wzajemnej przyjaźni mówi chyba „Whiskey & Wine”.

K.: To piosenka, którą napisaliśmy na jednej z akustycznych prób ocalenia zespołu. (śmiech) Chcieliśmy zrobić taki kawałek w knajpianym stylu Dropkick Murpy’s czy Flogging Molly, zatłoczony bar, znajomi, piwo. Celebrujemy jednak tym utworem coś więcej - przyjaźń, która przetrwała lepsze i gorsze czasy. Nie tylko między chłopakiem i dziewczyną, ale też między nami w zespole.

WIDEO: Co Ty wiesz o Krakowie? - odcinek 7

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto




Czytaj także

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo

    Gry On Line - Zagraj Reklama