Poeta z lasu, który właściwie nie wie, po co dziś pisze się...

Poeta z lasu, który właściwie nie wie, po co dziś pisze się wiersze

URSZULA WOLAK

Dziennik Polski 24

Dziennik Polski 24

Bycie wieśniakiem to pewien stan umysłu - mówi Jarosz Fot. Andrzej Banaś

Bycie wieśniakiem to pewien stan umysłu - mówi Jarosz Fot. Andrzej Banaś

ŁUKASZ JAROSZ kilka dni temu odebrał międzynarodową Nagrodę im. Szymborskiej. To poeta nietuzinkowy, który mówi, co myśli, nie zwracając uwagi na obowiązujące konwenanse. Szczera do bólu, ale i intymna jest też jego poezja z ostatniego tomu "Pełna krew".
Bycie wieśniakiem to pewien stan umysłu - mówi Jarosz Fot. Andrzej Banaś

Bycie wieśniakiem to pewien stan umysłu - mówi Jarosz Fot. Andrzej Banaś

Bycie wieśniakiem to pewien stan umysłu - mówi Jarosz Fot. Andrzej Banaś

Łukasz Jarosz. Lat 35. Ojciec, mąż, syn. Nauczyciel, muzyk. Poeta. Wieśniak. Tak o sobie mówi. - Najczęściej ludzie mieszkający na wsi wstydzą się tego określenia. Miejsca, z którego pochodzą. Ja się nie wstydzę. Jestem ze wsi. Tu mieszkam i tu jest mi dobrze. Dla mnie bycie wieśniakiem to także pewien stan umysłu, a nie pojęcie determinowane przez położenie geograficzne - uważa Łukasz Jarosz.

Jego odważna deklaracja jednym imponuje, innych wpędza w zakłopotanie, a nawet mierzi. Bo jak to tak? Uwznioślony poeta i pospolity wieśniak? Przecież to nie przystaje! A jednak. - Życie ważniejsze jest od poezji - mówi. - Piszę wiersze w trakcie życia, ale żyję także wtedy, a może przede wszystkim, gdy nie tworzę poezji.

Autentyczny, szczery, skromny, bezpośredni i szlachetnie prosty. Taki jak jego poezja. Dlatego Łukasz Jarosz jest poetą intrygującym. W rozmowie bliski. Kumpel, którego zna się od lat. I nigdy nie chciałoby się go stracić.

Do naszego pierwszego spotkania dochodzi dzień po odebraniu przez Łukasza Jarosza międzynarodowej Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. To dotąd najważniejszy laur w jego twórczości. Pierwsze zdanie, które kieruje w moją stronę, sprowadza mnie do parteru. - Od razu mówię, że nie powiem Pani nic interesującego i mądrego - stwierdza bez ogródek.

- Zawsze Pan tak ostro zaczyna rozmowę? - pytam. - Nie zawsze. Możemy zacząć jeszcze raz?

- Mówi Pan, że jest lepszym muzykiem niż poetą. Chyba będzie Pan musiał zweryfikować pogląd na temat swych umiejętności po otrzymaniu nagrody. Prawda?

Jarosz vel. Klululk, czyli król kontrastu



Muzyka była pierwszą miłością Jarosza. Już w szkole podstawowej zaczął uczyć się gry na perkusji. - Poezja przyszła do mnie później. O tym, że chcę pisać, postanowiłem dopiero po studiach. Chyba dlatego czuję się wciąż bardziej muzykiem niż poetą - zauważa.

Perkusja zajmuje zresztą zaszczytne miejsce w pokoju gościnnym jego mieszkania. - Łukasz zawsze dudnił, wystukiwał rytm na każdej niemal przestrzeni, która znajdowała się w zasięgu jego rąk. Nie mógł usiedzieć spokojnie. Nawet, gdy uczył się na studiach, z jego pokoju zawsze huczało. "Ten chłopak chyba nie da nam zasnąć" - mówiłem do żony - wspomina Mieczysław Jarosz, ojciec poety. Dziś żałuje tylko jednego, że nie posłał syna do szkoły muzycznej. - Miał potencjał. Pragnął grać i kto wie, czy nie byłby dziś cenionym perkusistą?

Łukasz Jarosz poradził sobie jednak doskonale i bez profesjonalnej edukacji. Jest samoukiem. Założył kilka kapel muzycznych: rockową Lesers Bend, hard-core`ową Chaotic Splutter i uwaga - Zziajanych Porywaczy Makowców!

- To jakiś żart? - pytam.

- Ależ skąd! Chce pani posłuchać?

Podekscytowany Łukasz Jarosz... - tak, wciąż mowa o tym samym poecie, który w minioną sobotę odbierał gratulację od samego ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego - włącza płytę CD Zziajanych Porywaczy Makowców. Z głośnika wydobywa się rapujący głos. Wyobrażam sobie czarnoskórego wokalistę rodem z nowojorskiego Bronxu. - To ja! Lubię imitować różne głosy - mówi dumnie Jarosz. Szok, jakiego doznaję, zostaje spotęgowany, gdy słyszę kolejny utwór. Rap ustępuje miejsca rzewnej poetyce. Skupiam uwagę na tekście, którego fragment brzmi tak: "Wczoraj rano usmażyłem twój woreczek żółciowy, żeby poczuć kawałeczek ciebie, chociaż jeszcze na śniadanie". Łukasz Jarosz wybucha śmiechem. - Głupi tekst, prawda? I takie też popełniam. To chyba nie jest zabronione? - pyta Jarosz, który na płycie Zziajanych Porywaczy Makowców występuje pod pseudonimem Klululk, podobnie jak pozostali muzycy. Jest więc i Lululk, Utripla, Ąkurtuf, Don Kliszot i Smok Miłek.
« 2 4 »

Komentarze (3)

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Zdjęcie autora komentarza
brawo

Krzysztof Nurkowski

Zgłoś naruszenie treści

Podziwiam, czytam

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

biuro@domkultury.net (gość)

Zgłoś naruszenie treści / 1

Czy Poeta da się namówić na spotkanie z ludźmi w Krakowie-Nowym Bieżanowie ?

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Stryjek-JOzef (gość)

Zgłoś naruszenie treści / 1

Nic dodac, nic ujac, jedynie pogratulowac.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo