Mur obronny z żywych kamieni

Mur obronny z żywych kamieni

Cecylia Kuta historyk w Oddziale IPN w Krakowie

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

To operacyjne zdjęcie Służby Bezpieczeństwa pokazuje ludzi gromadzących się przed kamienicą, w której znaleziono ciało Stanisława Pyjasa
1/2

Przejdź do
galerii zdjęć

©fot. IPN

Krakowski Oddział IPN i „Dziennik Polski” przypominają. 7 maja 1977 r. Studenci nie mają wątpliwości, że za śmierć ich kolegi Stanisława Pyjasa, którego zwłoki znaleziono w kamienicy przy ul. Szewskiej, odpowiada Służba Bezpieczeństwa. Kilka dni później powołują do życia Studencki Komitet Solidarności, by jego śmierć nie pozostała anonimowa
Siódmego maja 1977 r. z inspiracji Służby Bezpieczeństwa zginął Stanisław Pyjas, student filologii polskiej i filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim, współpracujący z Komitetem Obrony Robotników, zaangażowany w niezależną działalność. Został zamordowany, bo sprzeciwiał się systemowi opartemu na kłamstwie, dławiącemu wszelkie przejawy wolności.

W odpowiedzi na jego śmierć krakowscy studenci 15 maja 1977 r.
powołali Studencki Komitet Solidarności - „dla zainicjowania prac nad utworzeniem autentycznej i niezależnej organizacji studenckiej”. Właśnie wtedy, czterdzieści lat temu, po raz pierwszy użyto słowa „solidarność” w nazwie organizacji opozycyjnej wobec PRL. Trzy lata później stało się ono synonimem walki o wolność, który z czasem stał się znany na całym świecie.

Połączyła ich śmierć Pyjasa

Krakowski Studencki Komitet Solidarności stworzyły dwie grupy. Jedna wywodziła się z Duszpasterstwa Akademickiego „Beczka” (m.in. Liiana Batko, Bogusław Sonik, Józef Ruszar), druga zaś skupiała kontestującą młodzież z Domu Studenckiego „Żaczek” (m.in. Stanisław Pyjas, Bronisław Wildstein, Lesław Maleszka, Iwona Galińska, bracia Bogusław i Wiesław Bekowie). Chociaż mieli odmienne korzenie, to w maju 1977 r. połączyła ich śmierć Stanisława Pyjasa i niechęć do peerelowskiej rzeczywistości.

„Miałem poczucie, że życie wcześniej było staczaniem się, drogą donikąd. Ten system był tak skonstruowany, aby coraz bardziej wikłać i uzależniać ludzi od siebie. I tak to stopniowo postępowało. Śmierć Pyjasa uzmysłowiła mi, że znalazłem się w momencie przełomowym, teraz już nie da się udawać, trzeba zająć wyraźną postawę” - wyjaśnia Ziemowit Pochitonow, wówczas student Akademii Rolniczej.

Poruszeni zabójstwem kolegi krakowscy studenci w proteście przeciw kłamliwym informacjom o jego śmierci, rozpowszechnianym przez bezpiekę w lokalnej prasie, zboj-kotowali trwające w tym czasie juwenalia i zorganizowali własne - „czarne juwenalia”.

„Nie chcieliśmy, aby Staszek umarł anonimowo. Nie ulegało wątpliwości, że jego pobicie to był »wypadek przy pracy«, mogło trafić na każdego z nas” - wspomina Józef Ruszar.

Studenci i mieszkańcy Krakowa gromadzili się przy ul. Szewskiej 7, gdzie znaleziono zwłoki Pyjasa, składali kwiaty, palili żałobne znicze, odczytywali komunikaty. W niedzielę 15 maja ulicami Krakowa przeszły dwa żałobne pochody. Jeden po mszy świętej, odprawianej o godz. 9.00 w kościele oo. Dominikanów, wyruszył na ul. Szewską; drugi, wielotysięczny marsz przeszedł wieczorem z ul. Szewskiej pod Wawel. Na zakończenie wieczornej manifestacji odczytano oświadczenie o powołaniu SKS. Pod deklaracją podpisali się: Andrzej Balcerek, Joanna Barczyk, Liliana Batko, Wiesław Bek, Małgorzata Gątkiewicz, Elżbieta Majewska, Józef Ruszar, Bogusław Sonik, Bronisław Wildstein i Lesław Maleszka, który już wtedy - od ponad roku - był konfidentem Służby Bezpieczeństwa.

„Dla większości z nas było jasne, że najlepszą formą ochrony jest jawność. Ostatecznie tak działały od kilku miesięcy KOR i ROPCiO. Chodziło mniej o samą ideę jakiegoś określenia się, bardziej o nazwę i formułę. Zależało nam na podkreśleniu naszej odrębności, akademickości i niezależności. Słowo „komitet” wzięło się z Komitetu Obrony Robotników, to, że miał być „studencki”, narzucało się samo, ale prawdziwą nowością, naszym wynalazkiem było słowo »solidarność«”. Świeże, nieskażone nowomową, było odpowiedzią na nasze obawy. (…) Zawarta w nim była nadzieja, że wezwanie nie spotka się z odmową, że nie będzie głosem wołającego na pustyni. Solidarność była inną nazwą nadziei. Nie utrzymała się propozycja poszerzenia nazwy o „solidarność z KOR-em”. Oczywiście, że chcieliśmy być solidarni z KOR-em, lecz intuicja podpowiadała, że solidarność nie potrzebuje dookreśleń” - tłumaczy Liliana Batko-Sonik.

Pokazać, jak żyje wolny człowiek


Powołując pierwszą jawną, opozycyjną wobec władzy organizację studencką bezpośrednio po tym, jak młody człowiek zapłacił życiem za działalność na rzecz KOR, krakowscy studenci wykazali odwagę. Otuchy dodawały im słowa ojca Joachima Badeniego, który podczas nabożeństwa w kościele Dominikanów 15 maja 1977 r. mówił: „Stanisław Pyjas walczył o sprawiedliwość, o prawo, o prawdę, o wolność. Przyszliście tutaj, aby wokół ołtarza utworzyć mur z kamieni. Jesteście murem obronnym z żywych kamieni. Śmierć Pyjasa odnawia życie”.

SKS nie posiadał formalnych struktur i władz. „Nie chcieliśmy (…) tworzyć formalnej organizacji, ale wybraliśmy koncepcję ruchu skupiającego ludzi z różnych środowisk, o różnych poglądach, których łączyło między innymi to, iż sprzeciwiali się ograniczeniu wolności słowa, przeciwstawiali się politycznej indoktrynacji. Chcieliśmy pokazać otoczeniu, jak żyje wolny człowiek, który jest zdolny powiedzieć systemowi »nie«” - wyjaśnia Bogusław Sonik. Oświadczenia, listy i komunikaty podpisywali tzw. rzecznicy. Wzorem krakowskiego SKS w kolejnych miesiącach powstawały kolejne: w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu, Poznaniu i Szczecinie.

W ciągu trzyletniej działalności SKS organizował akcje o charakterze edukacyjnym, seminaria, których celem było zapoznanie studentów z nieobecnymi w programach nauczania tematami z zakresu historii i literatury. Wydawał i kolportował bibułę oraz zbierał podpisy pod petycjami w obronie represjonowanych. Najgłośniejszą, skuteczną akcją krakowskiego Komitetu był protest przeciwko „resom”, czyli zbiorom zastrzeżonym w Bibliotece Jagiellońskiej, obejmującym m.in. wydawnictwa emigracyjne, które mogły być udostępniane tylko na specjalnych zasadach.

Latem 1980 r. członkowie SKS wspomagali strajkujących robotników Wybrzeża, organizowali poligrafię w Stoczni Gdańskiej, byli łącznikami z resztą kraju. Ewa Kulik z krakowskiego SKS, władająca biegle językiem angielskim, niemal cały czas przebywała w warszawskim mieszkaniu Jacka Kuronia, gdzie odbierała telefony od dziennikarzy z całego świata. W kolejnych miesiącach działacze SKS, wykorzystując swoje opozycyjne doświadczenia, prowadzili punkty informacyjno-konsultacyjne dla osób, które chciały zakładać związki zawodowe. Wspierali też młodszych kolegów przy powołaniu i organizowaniu Niezależnego Zrzeszenia Studentów. We wrześniu 1980 r. zakończyli działalność SKS i wstąpili w szeregi „Solidarności”.

Przełamać strach przed bezpieką

Członkowie SKS byli nieustannie inwigilowani przez SB. Na szczeblu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych prowadzono przeciw nim sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Wasale”. Ponadto krakowscy SKS-owcy rozpracowywani byli w ramach spraw: „Alfa”, „Niepoprawni”, „Adam”, „Beta”, „Gama” i „Delta”.

Pomimo tego, że w środowisku SKS byli aktywni agenci bezpieki - m.in. Leszek Maleszka (TW „Ketman”/„Return”/„Zbyszek”/„Tomek”) i Henryk Karkosza (TW „Monika”) - którzy „realizowali długofalowe plany dezintegracji i neutralizacji działalności opozycyjnej”, to tajnej policji nie udało się rozbić i zneutralizować tej grupy.

„Działalność SKS-u stała się zjawiskiem politycznym, którego likwidacja przekracza możliwości Służby Bezpieczeństwa” - pisał funkcjonariusz SB ppłk Ireneusz Krassowski.

„Bezpieka bała się nas, gdyż my pierwsi przełamaliśmy strach, a wtedy oni okazywali się bezsilni. Dlatego tyle wysiłku wkładali w próby izolowania nas. Byliśmy taką pierwszą kadrową. (…) Widzieliśmy, jak rosła potęga prawdy, zataczając coraz większe, zwycięskie kręgi. Jako pierwsi nadaliśmy również sens słowu, które wkrótce stało się najsłynniejszym polskim słowem końca dwudziestego wieku” - stwierdziła Liliana Batko-Sonik. A inny działacz SKS Wojciech Oracz napisał: „W maju 1977 byliśmy prawdziwą, żywą historią. To w nas i między nami działy się rzeczy i zjawiska wyznaczające bieg wydarzeń na najbliższe trzydzieści lat. Żyją jeszcze ludzie, którzy to pamiętają i zapewne sami nie zdają sobie sprawy, co tak naprawdę zrobili”.


Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo