Bo ze skokami nigdy nie wie się, czy dobrze jest czy źle

Bo ze skokami nigdy nie wie się, czy dobrze jest czy źle

Przemysław Franczak

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Bo ze skokami nigdy nie wie się, czy dobrze jest czy źle
1/13

Przejdź do
galerii zdjęć

©fot. Andrzej Banaś

16 lat temu mały Maciek Kot zobaczył, jak Adam Małysz wygrywa Turniej Czterech Skoczni i zapragnął tego samego. Dorosły Maciej Kot od dawna próbuje doskoczyć do marzeń. Może teraz? Ale mistrzem już jest: nikt na świecie nie potrafi opowiadać o skokach narciarskich tak jak on.
- Czym był Turniej Pięciu Skoczni?

- Koło domu mamy parę górek. Zimą zawsze powstawały jedna-dwie skocznie, budowaliśmy je z bratem i kolegami. Kiedyś jednak było tyle śniegu, że starczyło na pięć. Uznaliśmy, że będziemy lepsi od Turnieju Czterech Skoczni. I zorganizowaliśmy własne zawody.

- Kto wygrał?

- Ha, nawet nie pamiętam, czy mierzyliśmy skoki. Nie miał kto sędziować, trudno było przyznawać punkty. To rozgrywało się bardziej w naszej wyobraźni.

- Jak duże były te skocznie?

- Myślę, że na największej można było skoczyć jakieś 15 metrów.

- Sporo.

- Wychodziliśmy z założenia, że im większa skocznia, tym lepsza. Wiadomo, że były pewne ograniczenia, ale bezpieczeństwo schodziło na dalszy plan. Projektów nie rysowaliśmy, ale z roku na rok wychodziły nam coraz fajniejsze.

- Pan tego bakcyla złapał dzięki prawdziwemu Turniejowi Czterech Skoczni? 2001 rok, Adam Małysz sprawia, że Polacy dostają bzika na punkcie skoków.

- To był taki pierwszy impuls, wtedy zacząłem oglądać skoki co tydzień.

- Był Pan takim małym psychofanem?

- (śmiech) Aż tak to nie. Tu chodziło bardziej o zainteresowanie Adamem Małyszem jako sportowcem i samym sportem, który z jednej strony był mi bliski ze względu na miejsce zamieszkania, a z drugiej wydawał mi się interesujący i dosyć niestandardowy.

- Niestandardowy, bo…?

- Skoki różnią się od większości sportów tym, że nie każdy ma szansę tego spróbować. Piłka nożna? Wchodzisz do sklepu, kupujesz sprzęt i idziesz pokopać z kolegami. Biegi narciarskie to samo. Możesz mieć 20 albo 70 lat, być grubym lub chudym, ale na tych biegówkach choćby kilometr jesteś w stanie przejść. A skoki narciarskie są taką dyscypliną, którą na świecie uprawia garstka ludzi; trochę elitarną. Nie każdy może poczuć to, co my, tę swobodę lotu. To wydawało mi się bardzo interesujące. Do tego to jest sport ekstremalny, co też jest intrygujące.

- W skokach jest metafizyka?

- Nie wiem, czy używać aż tak dużych słów, ale samo oderwanie się od ziemi, faza lotu, jest czymś niespotykanym. Człowiek zawsze marzył o tym, żeby oderwać się od ziemi, latać. My mamy tego namiastkę.

- W Zakopanem dodatkowo funkcjonuje taki romantyczny mit narciarza, wybiegający daleko poza sport. Marusarz, Czech, inni.

- To prawda. Tradycja sportów zimowych zakorzeniona jest tutaj bardzo mocno. Chociaż nie wiem, czy teraz trochę się to nie zmienia i dzieci zamiast do szkółek narciarskich zapisywane są do piłkarskich. Zwyczaj był jednak taki, że jak dziecko tylko nauczyło się chodzić, a przychodziła zima, to dostawało narty i na tych nartach albo jeździło, albo biegało, albo skakało. I tę tradycję było czuć. Ja przecież zaczynałem od narciarstwa alpejskiego.

- Z sukcesami. Fascynacja skokami nie zniszczyła kariery wybitnego alpejczyka?

- Nie, w Polsce bardzo ciężko przebić się na poziom światowy, jeśli chodzi o narciarstwo alpejskie. Fakt, że szło mi całkiem nieźle, był nawet taki rok, że wygrałem wszystkie eliminacje ligi szkolnej. To jest jednak sport, w którym konieczne są duże środki finansowe. Jestem pewny, że dla mnie pójście tamtą drogą byłoby błędem.

- Zwyciężyła jednak miłość do skoków czy rachunek ekonomiczny?

- To nie była taka racjonalna decyzja, że przeliczyliśmy z rodzicami budżet i stwierdziliśmy, że na to nas nie stać, więc idziemy w skoki. Pierwszy rok był taki, że trenowałem jedno i drugie - z treningu alpejskiego jechałem prosto na skocznię, próbowałem to pogodzić. W końcu stwierdziliśmy, że trzeba wybrać, żeby robić coś, może nie na poważnie, bo w wieku 9-10 lat ciężko o tym mówić, ale po prostu przyłożyć się do tego. Bardziej zadecydowało więc serce, bo treningi na skoczni dużo bardziej mi się podobały.

- I chłopak, który na stokach wygrywał jak leci, musiał nauczyć się przegrywać. Starszemu bratu, Kubie, szło lepiej.

- Na początku to była walka z samym sobą, bardziej liczyło się dla mnie to, żeby na każdym treningu pobijać swój rekord życiowy. Skoro wczoraj skoczyłem 20 metrów, to dzisiaj skoczę 21. Wtedy czułem się zwycięzcą. Kiedy przychodziły pierwsze zawody, to ciężko było rywalizować z tymi, którzy skakali już kilka lat. Ważne było, żeby z zawodów na zawody się poprawiać, to przynosiło satysfakcję, że najpierw byłem dwudziesty, a potem dziesiąty.

- Czuł Pan kiedyś na skoczni strach?

- Strach jest zawsze obecny. Jednak gdy przyzwyczajasz się do pewnych rzeczy, to się zmniejsza albo w ogóle zostaje przykryty większą pewnością siebie. Wraca, gdy człowiek przechodzi na większą skocznię. Kiedy jako dziecko zamieniasz skocznię trzydziestometrową na K60 - zawsze ten pierwszy skok jest niewiadomą. Niby trzeba zrobić to samo, ale jest zupełnie inna prędkość, inny opór powietrza. Później K80, K120… Są więc takie momenty, kiedy robi się coś zupełnie nowego i pojawia się lekki niepokój, ale to nigdy nie jest paraliżujący strach w rodzaju „nie, nie zrobię tego!”.

- Pana mama kiedyś opowiadała, że zamyka oczy, gdy wychodzi Pan z progu.

- Kwestia przyzwyczajenia. Na początku, gdy oddawaliśmy pierwsze skoki na dużej skoczni, to przyjechał tata, przyjechał dziadek, a mama nie chciała na to patrzeć.

- Ale nie zniechęcała was do tego.

- Nie, nigdy nie powiedziała: dość tego, bo się o was boję! Zawsze nas wspierała i szanowała nasze decyzje. To bardzo ważne, żeby rodzice nic nie narzucali dzieciom i starali się je wspierać.

- Etykieta talentu ciążyła nastolatkowi?

- Trochę tak. Z jednej strony to pomaga, jest trochę więcej pewności siebie, bo w końcu tak o tobie mówią bardzo znani trenerzy, ale z drugiej wiązało się to z dużymi oczekiwaniami z zewnątrz i - co gorsza - z moimi własnymi. One robiły najwięcej szkody. Wytworzyłem sobie nierealny obraz samego siebie i sukcesów w najbliższych latach, a kiedy tego nie zrealizowałem, było mi ciężko z samym sobą.

- Skoczkowie są egocentrykami?

- Coś w tym jest. Wiadomo, że każdy ma swój charakter, ale to bardzo indywidualny sport. Trenujemy w grupie, są zawody drużynowe, ale sami siadamy na belce, sami mierzymy się z sukcesami i kryzysami. Jest to często widoczne również w życiu prywatnym - żony i partnerki muszą zaakceptować to, że życie w domu też kręci się wokół zawodnika, który musi trzymać dietę, a wracając z treningu, nie może pomóc, bo musi się zregenerować, cały czas zajmuje się sobą, żeby być najlepszym. No i dużo wyjeżdża. Ciężko jest pogodzić te dwa światy. Z tym egocentryzmem jest więc coś na rzeczy, ale samolubni nie jesteśmy i da się nas lubić.

- Raczej myślę o takiej sytuacji, że jeden z was wygrywa, a drugi nie awansował do finałowej serii. Ciężko jest dzielić radość wygranego.

- Pewnie, że ciężko! Każdy na pierwszym miejscu stawia swoje sukcesy. To jedna z najtrudniejszych rzeczy, jeśli chodzi o budowanie atmosfery w grupie. Mnie jako zawodnikowi bardzo trudno przychodziło cieszenie się z sukcesów innych, ale nauczyłem się tego z czasem. Również moje porażki jakoś łatwiej mi znieść, choć nigdy się z nimi do końca nie pogodziłem. Umiem cieszyć się razem z kolegą, ale nigdy nie zrezygnuję z walki o swoje sukcesy. Nie po to człowiek daje z siebie tyle na treningach.

- W skokach trudniej zaplanować sukces niż w innych dyscyplinach.

- Też zależy, do jakiego sportu by to porównywać. Ale fakt, u nas najważniejsza jest forma, której nie można zbadać, zmierzyć, nawet nie każdy może powiedzieć, co to jest. Jesteśmy pod stałą kontrolą, jeśli chodzi o trening motoryczny i często jest tak, że parametry są super, a na skoczni nie idzie i nie wiadomo dlaczego. A czasem jest odwrotnie: wszystko działa na niekorzyść zawodnika, bo jest przemęczony, bo boli go kolano, bo nie ma siły, bo coś w życiu prywatnym go dopadło, a on idzie na skocznię i wygrywa. To jest fenomen skoków narciarskich. Dobry przykład to historia z Harrim Ollim (fiński skoczek, który miał problemy z alkoholem - red.). Pewnego razu trener zabronił mu jechać na górę wyciągiem i kazał iść na szczyt skoczni na nogach, żeby trochę się rozgrzał i wytrzeźwiał. I Olli te zawody wygrał. Nie miał prawa, a wygrał. Jeżeli jest ta forma - której nie ma jak zmierzyć i zaplanować - to jest sukces. My zawsze robimy wszystko, co można, żeby być gotowymi na sto procent, ale zostaje ten nieprzewidywalny pierwiastek. Ze skoku na skok wszystko się zmienia, forma może nagle pojawić się i równie nagle zniknąć. Najwięcej rozgrywa się wtedy w głowie.

- To musi być fantastyczne uczucie, gdy wszystko wychodzi i strasznie frustrujące, gdy jest odwrotnie.

- Wszystko dzieje się w głowie. Milion pomysłów na minutę. To jest też taki sport, że kiedy pojawia się za dużo chęci i człowiek za bardzo chce, to wtedy ta forma jeszcze leci w dół.

- A u Pana głowa od zawsze pracuje na najwyższych obrotach.

- Tak, niestety. Walczę z tym, bo o ile w codziennym życiu jakoś to nie przeszkadza, o tyle w skokach bardzo. Jak jest dobrze, to tych myśli nie ma tak dużo: idę na skocznię, oddaję dobre skoki, zapamiętuję, co mam zapamiętać i mogę zająć się zupełnie innymi rzeczami.

- Czyli do skoków nadają się raczej mniej skomplikowane osobowości.

- Dokładnie. Trzymając się przykładu Olliego, to on w takim stanie, w jakim był, o niczym nie myślał. Poszedł i wykonał schemat z treningu. A w skokach, gdy człowiek za dużo myśli, to kaplica.

- Ale nie wypróbowywał Pan chyba metody Olliego?

- (śmiech) Nie, jest wiele innych sposobów, bardziej pozytywnych z wychowawczego punktu widzenia. Mój idol, Adam Małysz, pracował z psychologiem i trochę inaczej do tego podchodził. On też mógłby potwierdzić, że trzeba znaleźć odpowiednie proporcje pomiędzy myśleniem i kontrolą a luzem. Wiele lat nad tym pracowałem i nadal pracuję.

- Te kilkanaście lat temu myślał Pan, że będzie przeskakiwał rywali jak Adam?

- Wiadomo, że wyobraźnia jest bujna - miałem 10 lat i widziałem siebie na podium jako zwycięzcę. Później, z biegiem czasu, te plany były bardziej realistyczne, ale gdzieś zawsze wierzyłem, że nadejdzie taki moment. Gdybym nie wierzył, nie trenowałbym i nie widział w tym sensu.

- Plakat Adama na ścianie w domu był?

- Był, był.

- Z podpisem?

- Na początku bez, później z autografem.

- Pański ojciec był fizjoterapeutą w polskiej kadrze, w sumie miał Pan Małysza na wyciągnięcie ręki. Dzięki temu od dziecka chłonął Pan atmosferę wyczynowego sportu?

- Chyba nie. Dla mnie było jasne: tu jest kadra A, a ja tu jestem chłopaczkiem, który dopiero zaczyna trenować. Wiadomo, że gdybym chciał, to mógłbym iść popatrzeć na trening, zrobić zdjęcie z Adamem, ale do tej pory mam tak, że nie pcham się tam, gdzie nie moje miejsce. Dopiero swoimi skokami udowodniłem z czasem, że mogę do nich dołączyć. Jestem nieśmiały i nawet gdy były takie momenty, że trenowaliśmy obok siebie w Zakopanem i korzystaliśmy z tego samego wyciągu, to ciężko mi było nawet się odezwać - nie, żebym nie powiedział mu „dzień dobry”, ale nigdy nie podszedłem: „cześć, jestem synem twojego fizjoterapeuty”. Zawsze czułem szacunek i trzymałem dystans. Przyszedł jednak taki moment, że rola taty się przydała: było mi dużo łatwiej, gdy będąc już w kadrze jako piętnastoletni chłopak, miałem go przy sobie. W zupełnie nowym środowisku ojciec był dla mnie ogromnym wsparciem, osobą, do której mogłem zawsze przyjść i porozmawiać. Trochę czasu mi zajęło, żeby wejść w grupę na tyle, by radzić sobie bez niego.

- Nie miał łatwo - czasem jednemu synowi trzeba było ocierać łzy, a z drugim się cieszyć.

- U nas tak często było, że się wymienialiśmy: raz dobrze szło mnie, raz jemu. Zawsze śmialiśmy się, że najlepiej by było, gdybyśmy skakali zawsze na podobnym poziomie i raz on byłby pierwszy, a ja drugi, a potem na odwrót. Ale w końcu stwierdziliśmy: nieważne który, ale niech będzie jeden Kot na podium. A później zrobiło się tak, że moje skoki były coraz lepsze, a Kuba miał trudny moment (dziś już skacze tylko amatorsko - red.).

- Dla Pana to też nie były chyba łatwe chwile? OK, każdy skoczek myśli głównie o sobie, ale brat to jednak brat.

- Dla mnie to było bardzo trudne. Z jednej strony nie wiedziałem, jak Kubie pomóc, a z drugiej strony z własnego doświadczenia wiedziałem, że chcąc mu pomóc na siłę, mogę mu zaszkodzić. Bo jeżeli on ma trenera i realizują jakiś plan, a ja przyjdę i powiem: „nie rób tego, rób to i to”, to tylko namieszam mu w głowie. Ja też kiedyś nie skakałem zbyt dobrze, bo miałem zbyt wielu doradców.

- Pan również miał swoje kryzysy. Dwa lata temu, kiedy pojawiały się myśli o zakończeniu kariery, to było na poważnie?

- Raczej w chwilach złości, frustracji. Nie szło i nie było jasnego planu, co z tym zrobić, przestało mi to sprawiać radość, bo dla mnie radością były i są wyniki. Nie było jednak tak źle, że myślałem o tym obsesyjnie.

- Planu B Pan nie szykował?

- Starałem się myśleć, „co by było gdyby”, ale takiego stuprocentowego planu nie miałem.

- A co by było gdyby?

- Pomysłów było bardzo dużo. Kontynuowanie edukacji, którą zawsze traktowałem na równi ze sportem, bo u mnie sport nigdy nie wygrał z nauką. Stąd nie chodziłem do szkoły sportowej, stąd studia, które ukończyłem (AWF - red.), bo wiedziałem, że sport jest bardzo niepewnym kawałkiem chleba. Inne pomysły? Trener skoków, trener personalny, otwarcie restauracji, wyjazd do Krakowa czy Warszawy, żeby znaleźć jakąś nową inspirację.

- Restauracja? Jaka?

- Dietetyczna. Fit.

- A rajdy?

- Hobby. Nie były brane pod uwagę jako nowa droga zawodowa.

- Startuje Pan w nich czasem. Latem brakuje adrenaliny?

- No tak, bo skoki dostarczają jej bardzo dużo. Poza tym jestem człowiekiem, który nie lubi siedzieć w miejscu. Nie lubię leżeć i odpoczywać, cały czas muszę coś robić.

- W szkole podobno chodził Pan po klasie, a na matematyce strugał ołówki.

- Problemy tylko przez to miałem. Ciężko było mi wysiedzieć 45 minut, czymś musiałem się zająć. A potem przychodziła przerwa, trzeba było się wyszaleć. I z tym też były problemy - a to okno wybiliśmy z kolegą, biegając po korytarzu, a to coś innego zbroiliśmy. Byłem wybuchowym dzieckiem, ale sport mi w tym pomógł. Mogłem się wyszaleć na treningu i później w domu już był spokój. W gimnazjum i liceum było łatwiej, bo człowiek już mądrzejszy wtedy jest.

- No dobra, ale co z tymi rajdami?

- Samochody to coś, w czym zakochałem się jeszcze wcześniej niż w skokach. Jeździłem na rajdy, grałem w gry komputerowe.

- Na rajdy zabierał Pana tata?

- Tak, też jest pasjonatem. Wiadomo, drogi sport, ale czasem przychodzi taki moment, że człowiek dostaje prawo jazdy, pojawiają się środki, żeby kupić auto przystosowane do rajdów i wrócić do tych dziecięcych marzeń. I ja tak zrobiłem.

- Auto Pan jednak sprzedał wiosną, żeby skoncentrować się tylko na skokach. Myśli Pan o nowym?

- Chyba nie ma na aukcjach internetowych oferty sprzedaży auta sportowego, której bym nie obejrzał. Mam taki rytuał, że codziennie wchodzę na aukcje i jeżeli jest coś nowego, to widzę od razu po zdjęciu profilowym, bo wszystkie auta mam przeglądnięte i jestem na bieżąco. Siedzę w tym po uszy. Śledzę Formułę 1, cykl WRC.

- Gry też są ciągle na tapecie?

- W mniejszym stopniu, bo ten świat realny jest dużo lepszy, ale jak nie ma innej możliwości, to świat wirtualny jest niezłą odskocznią i można się zrelaksować.

- Fotel z kierownicą w domu jest?

- Jest, ustawiony. Jak widać, ciągle pielęgnuję w sobie te dziecięce pasje.

- 10-letni Maciek widział się wysoko, na najwyższym stopniu podium Turnieju Czterech Skoczni. Gdzie teraz widzi się 25-letni Maciej?

- Też wysoko (śmiech). Te dziecięce marzenia gdzieś tam zostają w głowie na zawsze. Ale kiedyś były to marzenia, a teraz to są po prostu cele. Nauczyłem się, że jeżeli jest marzenie, to jest też cel i plan. Nie tylko w sporcie, ale również w życiu. Ludzie mówią „chciałbym to i tamto”, ale jak ich spytać, co robią, żeby to osiągnąć, to odpowiedzą, że nic. Na tym etapie, na którym jestem, ciężko byłoby nastawiać się teraz, że pojadę i wygram cały turniej, ale cel, czyli czołowa dziesiątka na koniec, jest jak najbardziej realny. A przy dobrej formie i szczęściu można powalczyć o dużo lepsze miejsce. Na tym polega różnica: 10-letni chłopak widzi się jako zwycięzcę, ale nie bardzo wie, jak do tego dojść. A ja już wiem, co muszę zrobić i jakie może to przynieść efekty.

***

Maciej Kot urodził się 9 czerwca 1991 roku, ale nie w Zakopanem, tylko w Limanowej, stąd do dziś można czasem przeczytać o „pochodzącym z Limanowej skoczku narciarskim”. Tam jednak tylko przyszedł na świat, bo w limanowskim szpitalu pracował jego dziadek. Całe życie związany jest z Zakopanem. Mama Małgorzata jest nauczycielką, tata Rafał był fizjoterapeutą w polskiej kadrze, dziś udziela się jako telewizyjny ekspert, jest też działaczem Tatrzańskiego Związku Narciarskiego. Maciej w Pucharze Świata zadebiutował już w wieku 15 lat, ale kolejne 10 musiał czekać, żeby stanąć na podium w zawodach tej rangi. Udało mu się to 11 grudnia br. w Lillehammer. Na koncie ma wicemistrzostwo świata juniorów (2009), a także brązowy medal mistrzostw świata w konkursie drużynowym z Val di Fiemme (2013). Olimpijczyk z Soczi, w konkursie na normalnej skoczni zajął 7. miejsce. Naprawdę niewiele zabrakło mu wtedy do medalu. - Zaraz po konkursie byłem zawiedziony, bo mogło być dużo lepiej. Dopiero później, kiedy emocje opadły, pojawiło się zadowolenie, bo jednak siódme miejsce na igrzyskach nie jest przecież takie złe - mówi dzisiaj.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo